Weronika

środa, 14 grudnia 2016

Leigh Brackett - Narodziny planety



Dobre, sprawnie napisane i sprawnie przetłumaczone przez p. Bartkiewicza opowiadanie, lub jak kto woli, mikro-powieść Leigh Brackett z roku 1941.
Im więcej jej wczesnych dzieł poznaję, tym bardziej rozumiem przydomek "Pierwszej Damy SF", jakim ją obdarzano.
Zapraszam:
https://mega.nz/#!3Z5l1TpY!DO-UUFnK7uOHTAgP10KtixzQXNiE1yMWRQUBBpAiY-w
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Leigh%20Brackett_Narodziny%20planety.rar

środa, 16 listopada 2016

Leigh Brackett - Cytadela martwych statków



Nie rozpieszczam Was ostatnio pozycjami w zakresie SF, więc dla osłody kolejna, tym razem z lat 1940-tych.
Temat - jak zawsze w przypadku dobrych pozycji - ponadczasowy. Wolność. I mimo, iż wszystko w tej mikro-powieści zdaje się być czarno-białe, kiedy poznajemy motywacje tego "czarnego", trzeba się jednak zastanowić.
W sumie, nadspodziewanie aktualna SF.

http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Leigh%20Brackett_Cytadela%20martwych%20statkow.rar
https://mega.nz/#!rdwF0RBS!438gS8JlahWHiY1Zwo7DUxINrj7VCrTWr_qSEOnRQy8

niedziela, 13 listopada 2016

Keith Bennett - Rakieciarze mają kudłate uszy



Mikro-powieść z 1950 roku, kolejna pozycja w znajdujących się w domenie publicznej tłumaczeniach Witolda Bartkiewicza.
Dziś nikt by tej powieści nie napisał lokalizując jej akcję na Wenus - zbyt dobrze wiemy, że nie mogłaby się tam toczyć. Pewnie nikt też nie użyłby równie "ziemiopodobnych" zagrożeń czerpiących z naszych atawizmów. Ale czy oznacza to, że dziś nikt nie stworzyłby takiej powieści?
Nic podobnego! Każdego roku powstają nowe powieści czerpiące z tego samego wzorca - powieści wojenne o bohaterskich lub przegranych zmaganiach z wrogiem.
Jeśli pozwolicie, aby pewien konkretny kostium nie przesłonił Wam treści, z czytania (słuchania) Bennetta będziecie czerpać przyjemność.

https://mega.nz/#!rMRnjAra!U3GuVxxNgsSbKpJUBDpPLZIPlp-DkGwvbZ0DELZmSGQ
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Keith%20Bennett_Rakieciarze%20maja%20kudlate%20uszy.rar

poniedziałek, 26 września 2016

Anderson. Asimov i Brown

Kochani,
Aby nie nadwerężać zanadto post-weselnego gardła, machnąłem trzy drobiazgi dla miłośników niegdysiejszej fantastyki, z dorobku translatorskiego p. Bartkiewicza.
Są to:
Poul Anderson - Misjonarze
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Poul%20Anderson_Misjonarze.rar
https://mega.nz/#!ach3gRja!8VWZhxRqyz6edM5NOxFz3uI1Dkj9kHD07fSMUFiVp4Y
Pozycja najdłuższa z tych trzech.

Isaac Asimov - Skończeni durnie
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Isaac%20Asimov_Skonczeni%20durnie.rar
https://mega.nz/#!CQR20TRJ!UFbl2wsmL2voDJm7HzueGQx6xCM8UR1Go7uEWDQH0rw
Pozycja najkrótsza i najbardziej pesymistyczna.

oraz

Fredric Brown - Zakończenie
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Fredric%20Brown_Zakonczenie.rar
https://mega.nz/#!qUhzkaDY!sLGk3kz-UeStGEy02-FeRQ3JTVOKOa5cKrA080NhwMw
Pozycja z sensacyjnym, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju udziałem przesławnego Wojtka Masiaka, czyli "Czyta Wojtek", któremu za ten udział wiszę kupę kasy ;)

Częstujcie się :)

środa, 7 września 2016

Poul Anderson - Tygrysa za ogon


Kolejne tłumaczenie w dorobku Witolda Bartkiewicza, i kolejna mikropowieść Poula Andersona.
"Tygrysa za ogon" to mikropowieść z 1951 roku, ale równie dobrze mogłaby powstać dziś. Jej głównym bohaterem jest James Bond przyszłości Dominic Flandry, stający samotnie do walki z barbarzyńskim imperium.
Całość nie jest zbyt długa i obiecuję, że treścią się nie zawiedziecie.

https://mega.nz/#!7QwU3LoZ!7-WEWdf_3mGlM9Rp13-nlh8LrA1kYPGir6Z2WKyMirg
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Poul%20Anderson_Tygrysa%20za%20ogon.rar

sobota, 13 sierpnia 2016

O tym, jak zostałem głosem doniczki

Podobno początkiem kariery aktorskiej Ireny Kwiatkowskiej było zadanie zagrania ogórka na egzaminie wstępnym do Szkoły Teatralnej. 
Może więc jest mi pisana oszałamiająca kariera... Ja zostałem doniczką.

A Wy możecie zostać mecenasami tego przedsięwzięcia :)

niedziela, 31 lipca 2016

Poul Anderson - Statek [Audiobook PL]



Kolejna mikropowieść Poula Andersona, w tłumaczeniu Witolda Bartkiewicza. Opublikowana w roku 1950 w czasopiśmie "Planet Stories".

Muszę przyznać, że to jedna z najciekawszych "starych" SF, jakie ostatnio czytałem. Nic a nic nie trąci myszką. Powód jest prosty - astronauci trafiają na planetę, na której najdoskonalszą bronią jest miecz. Nie ma więc konieczności kreowania przyszłych technologii, które tak często rozmijają się z rzeczywistym rozwojem technicznym, i powodują, że opisy XXI wiecznych przygód budzą uśmiech politowania.

Poul Anderson - Statek. RAR 99 MB
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Poul%20Anderson_Statek.rar

poniedziałek, 18 lipca 2016

Coś z zupełnie innego ogródka

Jednym z najpoważniejszych grzechów popełnianych przez propagatorów medycyny naturalnej lub holistycznej jest często zaniechanie badań w standardach uniwersyteckich, a jeszcze częściej zaniechanie publikacji piśmiennictwa, czyli odniesień do opublikowanych prac, do których czytelnik takiego lub innego artykułu lub opracowania mógłby samodzielnie sięgnąć i sprawdzić, czy zaczerpnięty cytat jest uprawniony i przedstawione dane udokumentowane. Jest to często grzech ciężki, ale nieunikniony. Badania naukowe pociągają zwykle za sobą poważne koszty, a po stronie badaczy zainteresowanych naturoterapią nie stoją wielkie i przepotężne koncerny farmaceutyczne, oferujące bezpośrednie i pośrednie metody ich finansowania. Niemniej, bardzo często dyskusje - szczególnie pomiędzy osobami tak naprawdę zamkniętymi na polemikę - kończą się w ślepym zaułku pozornego zwycięstwa argumentu: "to co ja mówię jest poparte takimi to badaniami, a ty powtarzasz opinie jakiś jednostkowych szarlatanów, którzy plotą co im ślina na język przyniesie".

Wykonuję zawód, który daje mi - przyznaję że wybiórczy i nie uprawniający do podsumowań statystycznych - wgląd w prace naukowe w dziedzinie szeroko pojętej medycyny. Ponieważ wykonuję go od kilkudziesięciu już lat, mogę wysnuwać pewne wnioski. Wiem z autopsji, ile dobrze zaplanowanych, solidnie przeprowadzonych i poprawnie opracowanych prac badawczych idących "pod prąd" obowiązującym tezom po prostu nie trafia do druku w prestiżowych periodykach posiadających tzw. "impact factor" (czasopism punktowanych). Redakcje nie muszą się zasadniczo tłumaczyć z tego, dlaczego wybierają daną pracę do druku, lub dlaczego ją odrzucają. Czasami autor dowiaduje się, że stylistyka pracy i jej język są nie dość poprawne, a czasami, po prostu, autor dostaje informację, że kolegium redakcyjne danej pracy nie przyjmie. W efekcie, autorzy albo rezygnują z publikacji w ogóle, albo decydują się na jej skierowanie do mniej prestiżowych wydawców. Praca taka, nawet jeśli zostanie w końcu opublikowana, i tak nie zostanie zaliczona do odpowiednio "ważnych", aby cytować ją i odnosić się do niej w kolejnych pracach pozwalających na naukową weryfikację wniosków wyciągniętych przez autorów. W efekcie powstają dwa kręgi prac naukowych - towarzystwo wzajemnej adoracji, udowadniające idem per idem słuszność obowiązujących tez (o bezpieczeństwie szczepień, o wartości antybiotykoterapii i sterydoterapii w określonych wskazaniach, o ADHD, etc.) - oraz towarzystwo ignorowanych prac weryfikujących te tezy. Swoją drogą, można to tego wszystkiego dołożyć trzeci krąg: prac naukowych nie wnoszących nic nowego, nie udowadniających ani nie obalających żadnej tezy, powstających li tylko w celu udokumentowania odpowiedniej ilości publikacji dla uzyskania kolejnego stopnia naukowego. Ten trzeci krąg jest - z mojej perspektywy - zatrważająco wielki.

Powodem tych - odrobinę hermetycznych - wynurzeń jest otrzymana dziś wiadomość mailowa, która skłoniła mnie do poszukania pracy, na którą powołuje się jej autor. Czasami bowiem waga dowodu, związana z wielkością badanej próby i czasem trwania obserwacji (bo to w skrócie jest, jak z badaniem opinii publicznej przed wyborami: jeśli ktoś chwali się wynikiem sondażu, w którym wzięło udział 100 osób, ma zdecydowanie mniejsze powody do chwały, niż ktoś, kto chwali się wynikiem uzyskanym na podstawie opinii 10 0000 osób - im większa próba, tym większa szansa, że wyniki uzyskane na jej podstawie są zbliżone do rzeczywistości. Idealną próbą jest cała populacja.) powoduje, że praca nie będąca szczególnie w smak "mainstreamowej" medycynie musi jednak zostać opublikowana w prestiżowym czasopiśmie.
Całości artykułu nie można przeczytać nie subskrybując pisma, ale dla porządku wskazuję, że jest dostępny tu: http://archinte.jamanetwork.com/article.aspx?articleid=2363025. Jego recenzję prasową można znaleźć tu: http://media.jamanetwork.com/news-item/detecting-more-small-cancers-in-screening-mammography-suggests-overdiagnosis/. A poniżej jej tłumaczenie dla chętnych:

W badaniu przeprowadzonym w USA przesiewową mammografię powiązano ze zwiększoną ilością rozpoznań drobnych nowotworów, lecz nie ze znaczącą zmianą ilości zgonów z powodu raka piersi, ani ze spadkiem ilości przypadków większych nowotworów piersi. Badacze – autorzy artykułu opublikowanego online w JAMA Internal Medicine sugerują, że może być to skutkiem przediagnozowania.
Celem przesiewowych badań mammograficznych jest obniżenie śmiertelności związanej z rakiem piersi poprzez wykrywanie i leczenie nowotworów na wczesnym etapie ich rozwoju. Jeśli badanie przesiewowe zapewni wczesne wykrycie nowotworu, powinna wzrosnąć liczba stwierdzonych mniejszych i łatwiejszych do leczenia guzów, przy jednoczesnym spadku ilości rozpoznawanych dużych i trudniejszych do leczenia nowotworów piersi. Jednakże, istnieją coraz poważniejsze obawy, że badanie przesiewowe prowadzi mimowolnie do przediagnozowania, wskazując na obecność drobnych, łagodnych lub cofających się zmian, które w przeciwnym wypadku nie ujawniłyby się klinicznie.
Dr. Richard Wilson z Uniwersytetu Harvarda w Cambridge, Mass., oraz jego współpracownicy przeprowadzili badanie środowiskowe obejmujące 16 milionów kobiet w wieku od 40 lat wzwyż, mieszkających w 547 hrabstwach USA składających raporty włączane do rejestru Nadzoru, Epidemiologii i Ostatecznych skutków występowania nowotworów w roku 2000. Spośród tych kobiet, u 53 207 stwierdzono w tym roku obecność raka piersi i objęto je kontrolą trwającą kolejnych 10 lat.
Autorzy zbadali zasięg badań przesiewowych w każdym z krajów, oraz mierzyli poziom występowania raka piersi w roku 2000, a także ilość przypadków zgonu spowodowanych rakiem piersi w 10-letnim okresie kontrolnym, obliczając zachorowalność i śmiertelność dla każdego hrabstwa.
Autorzy stwierdzili, że we wszystkich hrabstwach istniała korelacja pomiędzy zakresem badań przesiewowych a zachorowalnością na raka piersi, lecz brak korelacji ze śmiertelnością z powodu raka piersi. Wzrost zakresu badań przesiewowych o 10% związany był z 16% wzrostem ilości rozpoznań raka piersi, lecz nie był związany ze znaczącą zmianą ilości zgonów z powodu raka piersi.
Wyniki badania wskazały, że szerszy zakres badań przesiewowych był także związany ze wzrostem ilości przypadków drobnych guzów piersi o wielkości 2 cm lub mniejszych, lecz nie był związany ze spadkiem ilości przypadków większych nowotworów piersi. Wzrost zakresu badań przesiewowych o 10 punktów procentowych był związany z 25% wzrostem częstości występowania drobnych nowotworów piersi oraz 7% wzrostem częstości występowania większych nowotworów piersi.
Autorzy podsumowują, że „We wszystkich hrabstwach USA dane wskazują, że zakres wdrożonych przesiewowych badań mammograficznych jest rzeczywiście związany ze wzrostem częstości występowania drobnych nowotworów, lecz nie jest związany ze spadkiem częstości występowania większych nowotworów ani ze znaczącą zmianą śmiertelności. … Jakie może być wyjaśnienie dla zebranych danych? Najprostszym wyjaśnieniem jest powszechne przediagnozowanie, które powoduje wzrost ilości wykrywanych drobnych guzów bez zmiany śmiertelności – co odpowiada wszystkim opisanym cechom zebranych danych”.
Jednakże, jak zauważają autorzy, lekarze klinicyści słusznie z ostrożnością podchodzą do badań środowiskowych pamiętając o tym, że nie można wyciągać wniosków dotyczących jednostki ze statystycznych obserwacji dotyczących grup pacjentów.

W podsumowaniu badania autorzy stwierdzają, że „Podobnie jak w przypadku każdych badań przesiewowych, równowaga pomiędzy korzyściami i szkodami ma szansę przechylenia się na stronę korzyści, kiedy badaniami przesiewowymi objęte są osoby należące do grup wysokiego ryzyka, kiedy badania takie nie są wykonywane ani zbyt często, ani zbyt rzadko, a czasami wyniki takich badań prowadzą do czujnej obserwacji, zamiast do natychmiastowego wdrożenia aktywnego leczenia”.

wtorek, 12 lipca 2016

Poul Anderson - Sargasy zaginionych statków [Audiobook PL]

Kochani,

Kolejna pozycja z dorobku translatorskiego Witolda Bartkiewicza, wspaniałomyślnie przekazującego swoje przekłady do domeny publicznej.

Zapraszam do posłuchania powieści Poula Andersona - Sargasy zaginionych statków (tytuł oryginalny: Sargasso of Lost Starships) opublikowanej w Planet Stories w roku 1952.

Jak zwykle, w paczce poza mp-trójkami znajduje się także PDF źródłowy pobrany z Internet Archive.


Poul Anderson - Sargasy zaginionych statków (144.3 MB)
https://mega.nz/#!7EhTXY5a!BRkMm5ob1OFXp0NrbYdY749lcRVu4LQ0SP0SWVBVZuo

niedziela, 19 czerwca 2016

Wysoki koszt parcia na szkło

Moi drodzy,
Wróciłem.
Dzięki wspaniałej gościnności Marcina i Dominiki (cytat z gospodarzy: "rany, jakbym gadał z audiobookiem") wypoczęliśmy z żoną w przeuroczym zakątku w okolicach Golubia-Dobrzynia. Szczerze polecam te tereny wszystkim lubiącym urozmaicone warunki wakacyjne. Jest gdzie się walnąć na kocyku lub leżaczku z książką (w ręku lub na uszach), jest gdzie się przekąpać i popływać, są genialne trasy spacerowe lub rowerowe, a dla chętnych także spora garść zabytków architektury w rozsądnych odległościach. Dolina Drwęcy urzekła nas całkowicie (nie tylko z powodu wspomnianej na FB lokalnej roślinności).

Jak wspomniałem przed wyjazdem, miałem w planach pozowaną sesję fotograficzną, aby pokazać się Wam z jak najkorzystniejszej strony.
Los chciał inaczej. Moja ukochana cyfrówka wysiadła. 10 z 14 dni musiałem spędzić, ku własnej rozpaczy, bez patrzenia przez obiektyw.
W rezultacie utrwalone zostało tylko jedno zdjęcie portretowe.

Oto ono:
Prawda, że korzystnie wypadłem?

Tyle musi Wam tymczasem wystarczyć (nie sprawdzałem, czy przypadkiem żona nie zrobiła mi podstępnie jakiegoś zdjęcia).
Ja zaś idę opłakiwać śp. lustrzankę, medytować jak wygospodarować kasę na coś innego do cykania, a w przerwach sprawdzę, jak tam studio po dwóch tygodniach zastoju.

piątek, 3 czerwca 2016

Urlopowo: Bradbury i Asimov.

Zanim udam się na zasłużony odpoczynek, podzielę się z Wami jeszcze dwoma nagraniami z dorobku translatorskiego p. Witolda Bartkiewicza.

Pierwsze jest krótkie opowiadanie Raya Bradbury'ego "Święto". Muszę ostrzec, że w tym nagraniu dołożyłem "atmosferę", która cały czas brzmiała mi w uszach, kiedy czytałem to opowiadanie.

Ray Bradbury - Święto. RAR. 11.5 MB
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Ray%20Bradbury_Swieto.rar

Drugie to mikropowieść Isaaca Asimova zatytułowana "Młodość".

Isaac Asimov - Młodość. RAR. 75.4 MB
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Isaac%20Asimov_Mlodosc.rar


Niniejszym milknę na dwa tygodnie. 

czwartek, 2 czerwca 2016

Tęskniliście? Coś na osłodę. Poul Anderson - Pojedynek na Syrtis

Kochani,

Jak się człowiek rozejrzy, to różne rzeczy dostrzega. Mnie w oczy rzuciła się informacja o polskim tłumaczu Witoldzie Bartkiewiczu, który nie dość, że tłumaczy klasyczną fantastykę, która znalazła się w domenie publicznej, to jeszcze swoje własne tłumaczenia także umieszcza w domenie publicznej.
W tej chwili w Internet Archive jest 113 jego tłumaczeń.
Skoro ktoś odwalił taki kawał roboty pro publico bono, chcę się na swoją drobną miarę do tego dołączyć, nagrywając te tłumaczenia także bezpłatnie, bezinteresownie i zrzekając się praw autorskich wykonania.

Oto niespełna godzinna mikropowieść Poula Andresona z roku 1951. Nic a nic się nie zestarzała. Tłumaczenie prima sort. Mam nadzieję, że lektor nie popsuje zanadto wrażeń :)
W paczce także PDF z tekstem źródłowym i wszelkimi oznaczeniami dotyczącymi praw autorskich.

Poul Anderson - Pojedynek na Syrtis RAR 50.4 MB
http://ramoty.poczytajmimako.pl/index.php?dir=SF/&file=Poul%20Anderson_Poledynek%20na%20Syrtis.rar


piątek, 27 maja 2016

Syntezator z gladiusem w garści

Jest taki polski Rzymianin, który swojego czasu próbował swoich sił w czytaniu na głos (z potencjałem), ale widać doszedł do wniosku, że rozwój potencjału będzie kosztował zbyt wiele czasu. Pozornie poszedł na łatwiznę, i zajął się konwertowaniem tekstu na dźwięk przy pomocy syntezatora.
Wiem! Znaczna część z Was właśnie się boleśnie skrzywiła. I w dużej mierze słusznie, bo choćby nie wiem jak doskonałe stały się algorytmy automatu, uczuć z siebie podczas czytania nie wykrzesze.
ALE...
Ale na bezrybiu i rak ryba (nie mówcie tego urzędnikom w Brukseli, bo wezmą to dosłownie).
Otóż skorupiak może tak do końca rybą nie jest, ale Primus Pilus robi co w jego mocy, aby słuchanie syntezatorowych czytanek było jak najmniej bolesne. W sytuacji, kiedy pewnych audiobooków nie ma w ogóle i nie widać szansy na ich powstanie, nawet syntezatorowa czytanka może dawać szansę zapoznania się z tekstem źródłowym.
Praca, jaką wykonuje Primus zanim automat weźmie się za konwersję, jest pracą żmudną i być może w ogóle nie zdajecie sobie sprawy, jak czasochłonną. Syntezator bowiem czyta słowa tak, jak są napisane (bo w naszym dźwięcznym języku, w przeciwieństwie do takiego angielskiego albo francuskiego, zwykle tak właśnie jest). Jeśli więc natrafi np. na imię John, to przeczyta je dokładnie tak, jak jest napisane, jednocześnie niemiłosiernie kalecząc wrażliwe uszy słuchacza. Primus Pilus zastępuje więc każdego Johna "Dżonem", a każdy Worcester Sauce "łuster sosem". I o ile w tej formie tekst rani oczy czytającego, to po przerobieniu tego przez syntezator, efekt dla uszu jest już znacznie bardziej przyjemny. Rozumiecie teraz ile pracy wymaga nawet niezbyt długa książka obfitująca w obcojęzyczne imiona, nazwy czy powiedzenia?
Jeśli więc pomysł zapoznania się z książką odczytaną przez syntezator przechodzi Wam w ogóle przez myśl, to warto sprawdzić, czy dzięki Primusowi Pilusowi nie jest to zadanie znacznie przyjemniejsze.
O(b)mawianego znajdziecie tu: http://czytaprimuspilus.blogspot.com/

środa, 18 maja 2016

Czasami mnie zadziwiacie :)

Najczęściej pozytywnie. Nie miałem pojęcia, że jest tylu pozytywnie zakręconych ludzi.

Ale czasami zadziwiacie mnie inaczej. Piszecie na blogu jakiś komentarz, prośbę lub oferujecie jakąś pomoc i kończycie hasłem w stylu "jeśli jesteś zainteresowany, skontaktuj się ze mną". Najśmieszniejsze, że komentarz jest dodany jako Anonimowy, Unknown, albo coś podobnego, albo - nawet jeśli jest tam wasz nick lub imię - to i tak brak jest jakiegokolwiek namiaru kontaktowego.

Powtórzę więc (bo pisałem o tym także wcześniej). Komentarze na blogu są moderowane przeze mnie. Jeśli ktoś chce skontaktować się ze mną i napisze komentarz zawierający np. adres email, to ja go odczytam, i - jeśli nie będzie tam wyraźnej wskazówki, że komentarz wraz z danymi ma zostać opublikowany - odrzucę, aby nie rozgłaszać czyichkolwiek danych publicznie. Możecie więc bezpiecznie pisać komentarze "wyłącznie dla moich oczu".

Aha! Nie mam możliwości żadnego ingerowania w treść przesłanego komentarza. Mogę go jedynie opublikować bądź odrzucić. Nie mogę więc np. z komentarza usunąć tylko danych adresowych, a resztę opublikować.

Drugą metodą kontaktu jest wiadomość prywatna na FB (rozumiem, że nie wszyscy muszą koniecznie mieć tam konta).

Jeśli chodzi o czas mojej reakcji. "Bądźcie dobrzy wszyscy opiekunowie małych zwierzątek"! Ja, co prawda, pracuję przy komputerze, ale nie zawsze oznacza to, że mogę rzucić robotę i oddać się mailowej czy FB-owej dyskusji. Staram się na wszelkie wiadomości prywatne reagować w miarę sprawnie.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Dziękuję za wyrazy

Wszelkie.

Moi mili, uspokójmy emocje. Nikt niczemu nie jest winny.
Po pierwsze - Internet nie zapomina. Znam (choć się tym nie interesowałem) przynajmniej dwie strony, na których jest komplet zasobów moich, Wojtka, i innych. Wujek Google chyba jest w stanie pomóc ;)
Po drugie - tak kocham nagrywać, że nie przestanę tego robić. A niewykluczone, że asortyment przypadnie Wam do gustu. Już wkrótce Krechowieckiego "O tron".
Po trzecie - poczekajmy chwilę. Kurz opadnie, wyłoni się nowy krajobraz. Zobaczymy jak będzie wyglądał.
Po czwarte - mądrzy ludzie mówią: "jest ochota, znajdzie się i sposób"

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Dużo ważnych spraw.

Moi drodzy.

Być może znacie ten wpis mojego "kolegi po fachu" Wojtka http://czytawojtek.blogspot.com/2016/04/prysznic.html
Dał mi bardzo dużo do myślenia.
Nasza działalność była pod wieloma względami podobna. Obaj nagrywaliśmy i udostępnialiśmy swoje nagrania bezpłatnie. Obu nam przyświecał główny cel, jakim było przemycenie prośby o wsparcie dla osoby cierpiącej (w moim wypadku była, jest i będzie to Weronika, za pośrednictwem fundacji Jaś i Małgosia). Obu nam "popularność" wymknęła się spod kontroli. Wąska grupa znajomych bardzo się rozrosła, a nagrania - już poza moją kontrolą - rozpowszechniane były na wielu stronach.
Wraz z wyjściem z nieszkodliwej niszy zaczęliśmy deptać po odciskach tym, dla których nagranie audiobooka jest co prawda równie łatwe, ale za to wiąże się z koniecznością poniesienia kosztów, o których z początku nie myśleliśmy, a potem nie chcieliśmy myśleć.
Tak, niestety, być nie może.
Wojtek idzie "w zawodowstwo", ja zamierzam pozostać przy swoim hobby, ale ograniczając je wyłącznie do wymiaru pozycji znajdujących się w domenie publicznej, czyli tematach z blogu "Mako czyta ramoty".

Ponieważ nie zajmowałem się i nie zajmuję hostingiem żadnego z serwerów, na których znajdują się nagrania, zrobię to, co mogę w tej sytuacji zrobić. Zwrócę się z prośbą o zamknięcie tych hostingów.

Z pewnością wielu z Was poczuje się głęboko rozczarowanych. Wszystkich przepraszam i zapraszam do pozostania przy czytanej przeze mnie literaturze. Zapewniam Was, że w dziedzinie literatury trochę starszej znajdziecie wiele drogocennych klejnotów.

niedziela, 17 kwietnia 2016

SW_L. Neil Smith - Lando Carlissian i Myśloharfa Szarów [Audiobook PL]

Jedną z reakcji na wieść o mojej decyzji o nagrywaniu Trylogii Lando Carlissiana było (opatrzone domyślnym głębokim westchnieniem rozczarowania) stwierdzenie, że to prosta przygodówka.

Anglicy mawiają "one man's meat is another man's posion" - czyli (w bardzo dowolnym tłumaczeniu) "dla jednego zwykłe szkiełko, dla innego diament". Nie, żeby Myśloharfa Szarów była jakimś super cennym diamentem, ale według mnie właśnie jej przygodowy wymiar stanowi jej największą wartość. Prosta, zabawna fabuła. Długość w sam raz, aby się nie znudzić. I Luke nie musi się zastanawiać nad konsekwencjami używania Mocy, bo go tam po prostu nie ma!

I chyba o to w pierwszym rzędzie chodzi w Gwiezdnych Wojnach - o rozrywkę.

Dla przeciwwagi - teraz będzie Rama II. A potem (wszystko na to wskazuje) na dłużej wsiąknę w Ramoty, bo powieść, która mnie ujęła ma aż cztery tomy (ale może podejmę decyzję o nagrywaniu ich na przemian z czymś innym).

czwartek, 14 kwietnia 2016

Kubeczki od mako i dla mako

Kochani,
Na sąsiednim blogu makoczytaramoty.blogspot.com funkcjonuje "Sklepik z ramotami", a w nim dwa obecnie wzory kubeczków.
Pamiątki służą w zasadzie jednemu celowi - uzyskaniu niewielkiej (poniżej 5 zł za każdy kubek) pomocy w zakupie książek do czytania. Całe przedsięwzięcie służy przede wszystkim Ramotom, ale im więcej zdobędę środków na ramoty, tym więcej będę mógł własnych środków przeznaczyć na pozostałe sfery działalności ;-)
Jeśli ktoś chce i może, to tu: http://allegro.pl/kubek-lot-w-nieskonczonosc-rakieta-1-i6123481510.html można wziąć udział w licytacji kubka "Lot w nieskończoność" nr 1; tutaj: http://allegro.pl/kubek-lot-w-nieskonczonosc-rakiety-2-10-i6123485111.html kupić pozostałe kubeczki "Lot w nieskończoność"; a tutaj: http://allegro.pl/kubek-hanza-i6119738016.html kubki "Hanza".
Wszystkie kubki są dziełem talentu pani Wiolety, są ręcznie dekorowane i każdy jest niepowtarzalny. Kubeczki są całkowicie funkcjonalne, z tym, że nie wolo ich myć w zmywarce. To znaczy, oczywiście wolno. Nikt tego nie sprawdza. Z tym, że z każdym myciem kubek staje się coraz bardziej zwykły.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Robert A. Heinlein - Władcy marionetek [Audiobook PL]

Kochani,
Przede wszystkim, ponieważ do ostatecznego terminu rozliczenia się z fiskusem zostało już mało czasu, przypominam, że w każdej paczce nagrywanych przeze mnie książek znajdziecie plik "przeczytaj prosze.pdf", w którym znajdziecie plakat z informacjami o 1% podatku dla Weroniki za pośrednictwem Fundacji Jaś i Małgosia.

Jeśli Wasza wiedza o "Władcach marionetek" pochodzi głównie z filmu z Donaldem Sutherlandem w roli głównej, to powinniście wiedzieć, że w miejsce dumnego "R.A. Heinlein's Puppet Masters" na plakacie powinno być raczej, zgodnie z prawdą, napisane: film na motywach powieści R.A. Heinleina. Film do najgorszych nie należy, ale to każdy chętny musi ocenić samodzielnie. Natomiast książka jest zupełnie inna. Po pierwsze jest to książka tkwiąca potężnie korzeniami w układzie politycznym świata przełomu lat 40-tych i 50-tych ubiegłego wieku. Świata w którym (z perspektywy Amerykanów) połową świata rządził osobiście diabeł wcielony, arcykomunista, Józef Stalin, a USA były jedyną niezachwianą opoką wolności. I właśnie tę opokę atakują obcy. Istoty, które podstępnie wykorzystują nie tylko ciała, ale także umysły wolnych dotychczas ludzi. Tak sobie myślę (w tym miejscu fantazjuję - nic nie wiem na ten temat), że "Władcy marionetek" mogliby być ulubioną lekturą senatora McCarthy'ego.

Czy fantastyka z 1951 roku broni się? Ma jeszcze rację bytu?
Ma, bo sprawy tego, czy istnieją komputery lub latające samochody i stacje kosmiczne, czy nie, jest w tej literaturze drugorzędne. Liczą się ludzie, a ludzie się aż tak bardzo przez ostatnie pół z górą wieku nie zmienili.

Paczka jeszcze idzie na serwer Maćka, potem będzie u Artura. Poczekajcie spokojnie, jeśli od razu jej tam nie znajdziecie.

Miłośnicy GW, czuj duch. Będzie Lando Carlissian.

sobota, 9 kwietnia 2016

Oglądaliście "Władców marionetek"?

Właściwie to niedobre pytanie, bo niespecjalnie mnie to obchodzi :-). Szczególnie, że związki filmu z połowy lat 90-tych ubiegłego wieku z książką napisaną na przełomie lat 1940-tych i 50-tych są - łagodnie mówiąc - luźne.

Natomiast, ponieważ nie mogłem sobie przypomnieć, kto był reżyserem tego dzieła, sięgnąłem do Stopklatki. I znalazłem tam grafikę pochodzącą najwyraźniej z polskiego wydania DVD. Zwróćcie, proszę, uwagę na treść napisu.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Harry Harrison - Stalowy szczur i piąta kolumna

Dzięki temu, że moja małżonka podejmowała wczoraj gości i dostałem "na kino", a ja postanowiłem zaoszczędzić i zamknąłem się w drewutni, dziś możecie cieszyć się czwartym "Stalowym szczurem".
Jak na razie wybór kolejności zgodnej z kolejnością powstawania książek, a nie chronologią, sprawdza się doskonale.
Kolejne tomy będą, kiedy zostaną mi wypożyczone (wraz z kolejnymi Ramami). Jestem za tę inicjatywę bardzo wdzięczny. Zawsze to kilka złotych pozostające w kieszeni, a na lokalną bibliotekę nie bardzo mogę w interesującym mnie zakresie liczyć. W związku z tym podjąłem decyzję, aby przeczytane książki, których kupka zdążyła się już zebrać, przekazać właśnie do biblioteki. No, chyba że nie będą chcieli ich przyjąć.

Na ramotach wrzuciłem ostatnio powieść Filochowskiego "Człowiek w ciemnych okularach".

Przy okazji przypominam, że moje wysiłki w celu nabywania nowych (starych) książek można trochę wspomóc, kupując jeden z pamiątkowych kubeczków. Tymczasem pamiątki dotyczą "Hanzy" Rapackiego, ale już wkrótce będą także rakiety z "Lotu w nieskończoność" Rosny'ego.
http://allegro.pl/kubek-hanza-i6086640920.html

sobota, 26 marca 2016

Arthur C. Clarke - Spotkanie z Ramą [Audiobook PL]

Nie miałem pewności, czy zdążę z tym nagraniem jako prezentem świątecznym, więc się nie wyrywałem z zapowiedziami.
ALE UDAŁO SIĘ!
Pierwszy, częściowy produkt studia marki "drewutnia" jest już do Waszej dyspozycji.

To jednak niesamowite, że gatunek literacki tak łatwo poddający się dezaktualizacji, może obejmować pozycje, które starzeją się w tak wolnym tempie.
W przypadku Spotkania z Ramą ząb czasu bardziej nadgryzł polskie tłumaczenie p. Zofii Kierszys (czytałem wydanie z 1978.), niż twórczość samego Clarke'a.
Nie wiem jeszcze, czy będę kontynuował moje rendez-vous z Ramą sięgając po kolejne książki z cyklu, ale jest to co najmniej prawdopodobne.

W najbliższej przyszłości można się po mnie spodziewać kolejnej ramoty. Tym razem Wacława Filochowskiego "Człowiek w ciemnych okularach".
Potem będzie kolejny Stalowy Szczur.
Dalszych planów jeszcze nie precyzuję, ale listę zakupów widzieliście w styczniu (a zaktualizowaną, choć nieco nieoczywistą, widać na zdjęciach nowego studia), więc kierunki są dość jasne.

Miłego słuchania :-)

piątek, 25 marca 2016

Baranek, króliczek, pisklaczek

Co by to nie było, życzę Wam wszystkiego puchatego i sympatycznego.
Tym którzy podchodzą do zbliżających się świąt jak najbardziej poważnie, życzę wielkich wzruszeń i głębokich myśli podczas Triduum oraz obrzędów pierwszego i drugiego dnia świąt. Tym trochę bardziej indyferentnym, zabawy przy malowaniu jajek i zlewaniu się wodą. Tym, dla których jest to święto z cyklu "ale o co chodzi?" życzę wypoczynku.


piątek, 18 marca 2016

Bardzo nudny reportaż, czyli nowe studio Mako

Na początku był chaos i duch Mako unosił się nad ziemią zrytą przez suki jego. I chaos trwał przez całą zimę, czyli od czasu, kiedy dwoje (!) fachowców postawiło budynek studia zwanego pieszczotliwie "drewutnią". Potem przyszedł dzień pierwszy i pod deskami pojawiła się wata mineralna i folia (pod i nad).


 W dniu drugim kabel elektryczny położonym został, aby ciepło i widno być mogło (ale jeszcze nie było).


W dniu trzecim kontynuowano obijanie ścian dyktą (a przeciągi hulały po plecach)
 W dniu czwartym, szkielet ścianki działowej się pojawił.



 I nawet w ciało (czyli dyktę, i upchniętą watę mineralną w środku) zaczął się przyoblekać.

 W dniu piątym na ścianę trafiły pierwsze maty wygłuszające, a także uchwyt pod przyszły monitor.
 A także grzejnik (ale że prąd nadal był nie podłączony i tak w dupę zimno było).
 Zadbano także o wentylację, aby się Mako - zaczytawszy - dwutlenkiem węgla nie zatruł, i aby mu para wodna emitowana wraz z głosem skropliwszy się na suficie na głowę deszczem nie padała.

 Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego maty wygłuszające nie zostały od razu położone wszędzie, gdzie się należało, to dlatego, że powiedzenie o jabłku padającym niedaleko od jabłoni to ogólnie gówno prawda. Jako syn matematyka powinienem wiedzieć, że jeśli ściana ma 2 m na 2 m, a jeden panel pianki ma 50 cm x 50 xm, to oczywiście na każdą ścianę jest ich potrzeba 16, ale ja z uporem maniaka zamówiłem po 8 na każdą ścianę (no bo 4 x 4 to to samo co 4 + 4, nie?), i brakująca reszta musiała przyjechać osobnym transportem. ALE! - żeby nie było, że ze mnie taki cioł strugany, to rzeczywistość tym różni się od matematyki, że w całym pomieszczeniu wystarczyło 60 paneli, a nie teoretyczne 80, co pozwoliło na dokonanie odpowiednio mniejszego zakupu).



W dniu szóstym przedsionek otrzymał tapetę, dzięki której już od wejścia kojarzy się z tanim burdelem. Jest to nie tyle wynik mojego spaczonego gustu, co wybór w miarę dobrej jakościowo tapety, którą można zakupić za stosunkowo jak najmniejsze pieniądze (była wystawowa, czyli macana i dlatego tańsza). Dociekliwi dostrzegli już być może, że jest światło, a co za tym idzie, jest także ciepło.


 Wreszcie okazało się, po co targaliśmy z Nepalu wyroby tamtejszego kowalstwa artystycznego. Nie pamiętam, czy miał to być bawół, czy jak (takie zwierzę), grunt że koncepcja wg której został kupiony o pół świata stąd jakoś się nie ziściła. Do tej pory. Pasuje, jakby od razu tam właśnie miał być. Studio otrzymało także zamek. Klucze wyglądają, jakbym plebanię miał zamykać :-)

 Zwróćcie uwagę, że objawiły się także drzwi wewnętrzne.


 A reszty paneli jak nie było, tak nie ma, no bo syn matematyka zamawiał.

 W dniu siódmym (kreacja o jeden dzień dłuższa niż stworzenie świata), wszystko, co miało zostać przybite, zostało przybite, co miało zostać przykręcone, zostało przykręcone. Na podłogę w przedsionku trafił gumowy Leon (licentia poetica mojej małżonki - czyli gumoleum), w studiu dywan brutalnie wycięty z większej całości, a do środka powoli zaczęły trafiać graty.



 A oto efekt końcowy.
Studio:

 I przedsionek, czyli serwerownia :-)


I ósmego dnia Mako odpoczął.
(To znaczy - przymusowo, bo na moim podwórku będzie szalała koparka i żadnego nagrywania jutro nie będzie)