Weronika

niedziela, 27 grudnia 2015

O kontaktach rodzinnych i pozarodzinnych

Odrobinka tła: posiadam troje potomków, wszyscy w zakresie między 20 a 30 lat. Ku rozpaczy mojej mamy a ich babci, nie mamy szczególnie silnej potrzeby rozmawiania codziennie przez telefon o pierdołach. W rezultacie, dzwonimy do siebie wtedy, kiedy "jest sprawa", a nasze rozmowy trwają najczęściej poniżej 30 sekund. (- Tata, potrzebna jest kasa. - Ile? - Tyle. - OK. Wszyscy zdrowi? - Tak.). Zupełnie inaczej kształtują się kontakty mojej żony i jej córki (także w zakresie między 20 a 30 lat; tak się poskładało, że mamy wspólne małżeństwo i odrębne dzieci ;) ). One dzwonią do siebie co najmniej raz dziennie. (Nie uwierzysz, jakie fajne buty dziś widziałam. Ale nie pasują mi do żadnej torebki, więc będę sobie musiała kupić nową sukienkę..... I tak przez 40 minut, o wszystkim).
19 grudnia zadzwonił do mnie mój najstarszy syn. Nasza rozmowa zaczęła się od jego pytania: Widziałeś? - Tak, byłem wczoraj. - Ja też. Poczekaj, wygonię z pokoju tych, którzy jeszcze nie byli i powiesz mi, co sądzisz. (Dalszy ciąg rozmowy jest mniej więcej w poście "Nowa nadzieja umiera ostatnia", a cała rozmowa zajęła nam co najmniej kilkanaście minut.)
20 grudnia zadzwoniła do mnie córka. Nasza rozmowa zaczęła się od słów - Wiem, że widziałeś, bo mi brat powiedział, Ja właśnie wyszłam z kina. Powiedz mi, co o tym myślisz... (i dalej, jak wyżej, włącznie z czasem trwania rozmowy co najmniej kilkunastominutowym).
W kwadrans po zakończeniu rozmowy z córką, odmeldował się mój średni syn (żyjący na wygnaniu w odległym mieście), zaczynając rozmowę: "Właśnie wyszedłem z kina. Byłeś już? - Tak. - No to super, powiedz mi, co myślisz... (i po raz trzeci mniej więcej ta sama rozmowa, i znów przez dobrych kilkanaście minut).
Moja małżonka miała już na wpół otwarte usta, kiedy kończyłem drugą rozmowę, a po trzeciej nie wytrzymała: - No wiesz, to niesamowite. Potraficie się do siebie nie odzywać przez pół roku, a jak tylko wyjdą nowe Gwiezdne Wojny, telefon od razu się urywa.
Cóż, kochanie, są rzeczy ważne, i są Gwiezdne Wojny.
Myślę, że sprawdziłem się jako ojciec :)

A teraz o kontaktach pozarodzinnych, w gronie rodzinnym przy Wigilii.
- Wiesz tata, ostatnio w firmie zaczepił mnie facet w czarnej zimowej czapce z haftem "poczytajmimako.blogspot.com" i wskazując na identyczną czapkę na mojej głowie, zagaił: "Widzę, że też słuchasz mako". A ja, zmieszałam się lekko, i odpowiadam: "Wiesz, to nie całkiem tak, mako to mój stary". Na co on, wykazując się dogłębną znajomością rzeczy: "O, to ty musisz być tą, która zaprojektowała koszulki."
To się nazywa kosmiczny zbieg okoliczności. Tylko trzy czapki w "obcych rękach" a jednak nosiciele się na siebie natknęli.
Gorące pozdrowienia dla spotkanego czapkonoścy.
A nasze dzieci coś tam mamroczą o akcji "#mojstarytomako"

9 komentarzy:

  1. Hahaha #mojstarytomako bezbłędne! Moc w twoich potomkach właśnie się w pełni ujawniła i jest silna więc już "swoje zrobiłeś". SW rulez!

    OdpowiedzUsuń
  2. A z głosu to myślałem że tak 40 parę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm i ja też ,ale moje mają jeszcze po naście choć to końcówka, ale i tak Młodo brzmisz:)
    Pozdrawiam :) i zdrowego gadziołka zwłaszcza po świętach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jesteś pierwszym, od którego to słyszę :)

      Usuń
  4. Mako, znam różne osoby, niektóre mieszkają z rodzicami jeszcze i gadają całymi dniami z rodzicami, często też ich dziadkowie mieszkają blisko i niemal codziennie te rodzinki się spotykają, gadają o czymś. Ale znam też inne osoby, które też mieszkają z rodzicami na razie i nigdy nie rozmawiają ze sobą, tzn. np. córka i syn nie rozmawiają z rodzicami mimo, że mieszkają pod jednym dachem i to nie od np. miesiąca, a przez praktycznie całe życie, bo tak zostali wychowani, gdy oni byli mali, to rodzice nie bawili się z nimi, nigdy nie mieli czasu dla nich, w życiu w warcaby z nimi nie zagrali, ani w karty. Rodzice tych osób też nigdy nie rozmawiają ze swoimi matkami (babciami dzieci), nigdy, co najwyżej jak ktoś umrze to na pogrzeb pojadą.
    Jak widzisz, relacje rodzinne są różne u ludzi, większość rodzin będzie przeciętna i wymienią kilka zdań, a nieliczni będą gadać 2h dziennie codziennie, a druga grupa nielicznych będzie wymieniała max jedno zdanie dziennie, typu "idę do sklepu, kupić ci coś?", "tak, sok porzeczkowy" i tego dnia już nie padnie ani jedno zdanie z ich ust. Poważnie, znam takie osoby (czasem zero zdań dziennie).

    Na zakończenie dodam, że gdy byłem mały (np. miałem z 9-14 lat), to znałem aż kilka osób, które wyzywały swoich rodziców, głównie matkę, nie wstydzili się przy mnie krzyknąć do matki "zamknij mordę", a jego matka z krzykiem "wszystko powiem ojcu, jak wróci z pracy" i chwilę jeszcze wymieniali zdania. Część osób takich bała się tylko ojca, a niektórzy nie bali się nikogo. Żeby było śmieszniej, jak ci koledzy moi mieli np. te 9-14 lat i pobili kogoś i później ojciec lub matka ofiary wpadała do domu tych rodziców łobuza i opowiedziała wszystko, to ci rodzice nie zrobili bandziorowi nic! dosłownie nic, nawet nie krzyknęli na niego. A żeby cię dobić Mako, to znałem osoby, które kradły i jak rodzice dowiedzieli się o kradzieży, to nie zrobili zupełnie nic swojemu synkowi, totalnie nic i taki dzieciak dalej kradł (i wiem, że kradła, bo czasem miałem okazję spotkać się z grupką takich patologicznych osób i chwalili się, że np. ukradli jakiejś dziewczynie coś, albo że ze sklepu coś wynieśli, chodzili wtedy do gimnazjum, ale gdy byli mniejsi, czyli chodzili np. do 3, 4 klasy podstawówki, to kradli lody w sklepie, wiem jak to robili, bo czasem szedłem z takim złodziejem do sklepu kupić coś, kupiłem coś, on po mnie kupił loda jednego, sprzedawczyni powiedziała by sobie loda sięgnął z tej lodówki (pudło wielkie szklane na ziemi, przed ladą z boku) i brał dwa lody zamiast jednego, czasem brał taniego loda, którego kupił i zabrał przy okazji droższego, gdy zobaczyłem co odwalił to już przestawałem z nim chodzić do sklepu. Szkoda, że sprzedawczyni była taka ufna dla dzieciaków i nie chciała nawet zerkać co wyjmuje. Wiem, że w innych sklepach też tak kradł.
    Gdy byłem mały, to dowiadywałem się od kolegów, że któryś kolega był na bazarze i tam kradł czasami.
    Kiedyś były salony gier popularne, koledzy mieli stare monety, nie wiem czy z PRL, czy z jakich czasów, ale chyba nominał 5 ZŁ lub jakiś wchodził do automatu w salonie gier i można było grać za darmo, inne monety nie pasowały, a chyba złotówka była wielka i bardzo lekka, też nie pasowała, tylko te 5 zł lub jakiś nominał pasował. Jak cyrk przyjeżdżał to też miał jakieś automaty do gier i tam też działały te stare monety.
    Fajnych bandziorów znałem? Znałem, bo gdy zacząłem dorastać, przestałem się z nimi zadawać na zawsze.
    Mógłbym jeszcze napisać o osobach, które w wieku 13, 14 lat wkraczały pomału w ścieżkę narkotyków (handel), ale odpuszczę sobie, im życzę wszystkiego najgorszego

    OdpowiedzUsuń
  5. Sława. Szykuj się na paparazzich.

    - AM

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurde MAKO, nigdy bym nie zgadł, że masz już tak dorosłe dzieci!
    Z Twojego głosu wnioskowałem,że Jesteś koło 40-stki hehe
    Dużo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń