Weronika

piątek, 30 października 2015

Henryk Sienkiewicz - Dwie łąki. Okolicznościowo.

Mako! No co ty! Wszędzie pełno okolicznościowych wstawek związanych ze Świętem Wszystkich Świętych (dla jednych) i Świętem Zmarłych (dla innych): od najmodniejszych zniczy w tym sezonie, po pełne napuszonej refleksji wspomnienia o "tych którzy odeszli w minionym roku", i Ty musisz się do tego dokładać?!?
Ano muszę! Po pierwsze dlatego, że myślenie o sprawach ostatecznych jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a wielu pozwoliło na ustalenie jakiejś rozumnej hierarchii wartości życiowych; po drugie dlatego, że "nie znasz dnia ani godziny"; po trzecie dlatego, że być może nie zdajecie sobie sprawy, jaką nasz "narodowy serc pokrzepiciel" i autor "Quo Vadis" popełnił uroczą opowieść hinduską, która nikogo nie nawracając na żadne wierzenia przedstawia życie i śmierć w sposób troszkę bardziej optymistyczny.

Wybaczcie mi proszę oprawę wizualną mojego czytania. Blog nie pozwala niestety na wstawienie odtwarzacza samego dźwięku (a przynajmniej ja nie potrafię tego zrobić bez kombinacji z zewnętrznym hostingiem), ale pozwala na osadzenie wideo. Nie umiejąc więc stworzyć niczego wartego patrzenia, porażam Wasze oczy cukierkowymi wizerunkami Brahmy, Vishnu i Shivy - bohaterów tego opowiadania. Nie musicie patrzeć, możecie zamknąć oczy. Posłuchajcie.


Jakby kto chciał, to plik mp3 jest na serwerze Maćka w Różne, luzem i niespakowany.

wtorek, 27 października 2015

Nie lubię mieć skojarzeń

Zarówno w obecnie czytanej "Planecie przyprawy" (w ramach "Drogi do Diuny"), jak i w "Diunie", Frank Herbert zarysował sytuację, w której, w wyniku decyzji suwerena (tam jest nim Imperator) następuje zmiana władzy. Ustępujący pozostawiają po sobie szereg pułapek, których ostatecznym celem jest powrót do władzy.
Nie lubię mieć skojarzeń.

Jestem z miasta. To widać, słychać i czuć.

A panorama mojego miasta wygląda tak:

Żeby nie było: w środku zdjęcia jest centrum, a bliżej prawej krawędzi "Manhattan", czyli najwyższe budynki mieszkalne.
Ponoć zrezygnowano z budowy wyższych, bo z ostatnich pięter byłoby widać Sieradz :-)
(My nazywamy ich "kołtunami", a oni nas "webrami")

Przygód literackich przy budowie kanalizacji ciąg dalszy

"III. I był Znak Smoka na nim.
IV. A Znak ten był: Jekub
Księga Nomów, Jekub, w. III -IV"

"Dłuższy czas przetrząsał zakamarki baraku, nim przypadkiem spojrzał w górę.
I zobaczył Jekuba.
Z otwarta˛ paszczą.
Zanim jego wzrok właściwie ocenił odległość, Dorcas przeżył parę naprawdę upiornych sekund."


A skoro Jekub jest tuż przed moimi oknami, idę szukać Nomów. Chciałbym jeszcze móc zrobić takie zdjęcie:

poniedziałek, 26 października 2015

Czasami bywa tak pięknie, że dech zapiera



Jakiś czas temu, u szczytu zagmatwania się w pochłaniającą wszystko pracę na dwóch etatach, zmagania się z codziennością i wydumanego dążenia do nieziszczalnych stanów posiadania, stwierdziłem, że jeśli nie chcę skończyć z zawałem, muszę podnieść głowę, wziąć głębszy oddech i codziennie zauważyć jedną piękną rzecz wokół siebie.
Nie zawsze się udaje. Ale kiedy włoży się odrobinę wysiłku w celowe poszukanie tego piękna - niemal zawsze coś potrafi zachwycić, choć na chwilę.
Jedna piękna rzecz dziennie.

Być jak Artur Dent

"...o ósmej rano Artur nie czuł się zbyt dobrze. Obudził się z wysiłkiem, stał i niemrawo przespacerował się po pokoju. Otworzył okno, zobaczył buldożer i powlókł się do łazienki.
- Pasta na szczotkę... dobrze. A teraz umyć zęby.
Lusterko do golenia wycelowane w sufit przez chwilę pokazywało odbicie drugiego buldożera za oknem łazienki. Potem — gdy ustawił je właściwie, zarost Artura. Zgolił go, opłukał twarz, wytarł i poczłapał do kuchni, żeby znaleźć coś do zjedzenia. Czajnik, gwizdek, lodówka, mleko, kawa. Ziewnął. Słowo „buldożer” błądziło po jego głowie, szukając jakiegoś skojarzenia. Maszyna za oknem kuchni należała do całkiem sporych. Gapił się na nią.
Żółty, pomyślał i powlókł się z powrotem do sypialni."


Ponieważ powyższe zdjęcie przedstawia widok z okna mojej sypialni, a zrobiłem je dziś tuż po 7 rano, więc może powinienem rozejrzeć się, gdzie jest mój ulubiony ręcznik plażowy.

niedziela, 25 października 2015

sobota, 24 października 2015

Zmarł Zdzisław Jaskuła

Kiedy na końcu lat 80-tych minionego wieku zaczął wiać wiatr zmian, poza kościołami było kilka innych miejsc w Łodzi, w których czuć go było szczególnie wyraźnie. Jednym z tych miejsc był Teatr Studyjny. Do grona ludzi, którzy kształtowali ducha tego miejsca należał Zdzisław Jaskuła. Między innymi dzięki niemu było to miejsce nie tylko najwyższej próby doznań teatralnych, ale także ośrodek młodej sztuki plastycznej, a także spotkań dyskusyjnych, na których omawiano tematy czasami znacznie wykraczające poza sferę kultury.
Od pięciu lat był dyrektorem Teatru Nowego w Łodzi.
Został nam zabrany zdecydowanie za wcześnie. Widocznie tam, gdzie wszyscy w końcu odchodzimy pojawiło się pilne zapotrzebowanie na światłego i nieszablonowego człowieka kultury, który odświeży nieco skostniałą formę chórów anielskich.

wtorek, 20 października 2015

Kręcą się koła

Jak być może wiecie, "legendą założycielską" mojego dziwacznego hobby czytania Wam na głos, jest koncert "The Wall" Rogera Watersa w Łodzi, na który wybrałem się uzbrojony w recorder. A żeby się oswoić ze sprzętem nagrywającym, zacząłem do niego czytać. I czytałem dość długo, zanim zlitowałem się nad Waszymi biednymi uszami i postanowiłem zadbać o troszkę wyższą jakość dźwięku :-)
Otóż, 16 listopada ukaże się z dawna oczekiwana płyta (CD, DVD, BR) z tej trasy koncertowej. LINK
Prawie pięć lat minęło...

Okładki do Drogi do Diuny przyjmuję!

Dziś dostałem od Thomasa taką propozycję:
Z taką informacją:
Okładka przedstawia pustynny krajobraz okolic miasteczka Florence (stan Oregon, USA), które w późnych latach 50'tych odwiedził zawodowo Frank Herbert (jako dziennikarz, otrzymał zlecenie napisania artykułu nt. efektywnej metody stabilizacji piaszczystych wydm, w celu zapobieżenia naruszaniu przez nie terenów zamieszkanych). To właśnie ta wizyta stanowiła "To Coś": natchnienie, impuls, iskrę zapalną - dzięki której po latach pracy i badań Frank stworzył podwaliny "Diuny" - dzieła, za którego sprawą prawdopodobnie jest najbardziej znany i kojarzony do dnia dzisiejszego, i które rozpala również pasję Jego następców: syna Briana oraz Kevina J. Andersona.

W ten właśnie sposób wizyta Franka we Florence usytuowała koncept Diuny na horyzoncie Jego kreacji twórczej, niczym miraż, który - na szczęście dla wszystkich fanów - okazał się rzeczywistością.

Odpowiedziałem, że - według mnie - okładka (grafika) powinna bronić się sama, bez konieczności dopisywania wyjaśnień.
Dostałem więc wersję taką:

A jakie jest Wasze zdanie?
A jakie są Wasze kontrpropozycje?

Propozycja Maćka
A to drugi już olej Marcina.

Czasami warto zwrócić uwagę na znaczenie słów.

Kiedyś, w zamierzchłych czasach sprzed towarzyszącej nam nieustannie elektroniki, zmiany pór roku sygnalizowała nam przyroda, np. kolor liści: od świeżej zieleni, przez przykurzoną zieleń, do żółci i czerwieni i ostatecznie bieli, jeśli śnieg zastał je jeszcze na gałęziach. Obecnie zmiany pór roku sygnalizują zmiany reklam produktów medycznych. Jeśli nie słyszę już o żelu na ukąszenia, a mówią o tabletce na grypę, to nieuchronnie nadeszła jesień.
Walą mnie po łbie apapami, gripeksami, itp. za każdym razem, kiedy ośmielę się włączyć telewizor. Dobrze, że jeszcze nie przerywają transmisji Konkursu Szopenowskiego, żeby poradzić mi, co mam zrobić, jeśli czuję nadchodzącą infekcję. Ale poczekajmy, może już za pięć lat...
Ale ja nie o tym.
Czy zastanawialiście się nad znaczeniem słowa "przeziębienie" (jakże aktualnego przy tej aurze)?
Ziąb, czyli zimno, znalazło dostęp do naszego organizmu. W wyniku przewiania, albo przemarznięcia, albo przemoknięcia, zagnieździło się paskudne zimno i, jeśli nie chcemy poważnie tego odchorować, trzeba coś z tym zrobić.
Oczywiście, naturalnym odruchem jest poszukiwanie ciepła, możliwości rozgrzania się, wygnania owego ziąbu z trzewi. Dlatego producenci cudownych specyfików tak chętnie korzystają ze słówka "hot" (że niby wszyscy jesteśmy takimi poliglotami [poliglutami - jeśli katar]). I jeśli nie włączymy myślenia, to pozornie wszystko jest ok.
Pozornie. Paracetamol, ibuprom i inne leki określane jako NLPZ, będące głównym składnikiem wszystkich mieszanek o ponętnych nazwach sugerujących cudowną wręcz skuteczność (katarwon, bezkaszleks, gorączkopogromcex) to substancje o wysokiej skuteczności PRZECIWGORĄCZKOWEJ. Przeciw-gorączkowej. Obniżają gorączkę. Schładzają. Niezależnie od tego, co ślicznymi literami jest napisane na opakowaniu, żadna z tych substancji NIE ROZGRZEWA.
OK, ale jak człowiek się przeziębi, i zacznie gorączkować, to ma dreszcze, czuje dotkliwe zimno, i tabletka Ibu lub Para przynosi ulgę! Pewnie, że tak! Ale znów warto włączyć myślenie. Czym jest gorączka? Otóż, w pewnym uproszczeniu, wszystkie procesy zwalczania infekcji są w naszym organizmie oparte na białkach. Białka te zasadniczo działają sprawniej w temperaturze wyższej od fizjologicznej. Gorączka jest więc mechanizmem, który ma organizmowi pomóc w zwalczaniu infekcji. Gorączka jest manifestacją tego, że organizm walczy. Więc w zdecydowanej większości przypadków, gorączka jest znakiem tego, że wszystko dzieje się tak, jak powinno. Jeśli wszystko co zrobimy lecząc się, będzie zmierzało do obniżenia gorączki, to działamy przeciwko swojemu własnemu organizmowi - przeszkadzamy mu w walce. No tak, ale z gorączką związane jest zwykle złe samopoczucie, a tabletka powoduje w ciągu pół godziny wystąpienie potów (schładzanie!, takie samo, jak kiedy pocimy się w gorący dzień) i poprawę samopoczucia. Owszem, czujemy się lepiej, ale infekcja wcale nie została zwalczona. Zlikwidowaliśmy tylko objaw (i to właściwie korzystny), a źródło problemu pozostało. Jeszcze pół biedy, jeśli dzięki poprawie samopoczucia zapadniemy w długi i spokojny sen pod ciepłą kołdrą. Ale są tacy dżigici, którzy po apapie już są tak zdrowi, że - hajda! z powrotem do roboty, albo na imprezę, albo do klimatyzowanego kina...
Powróćmy do znaczenia słowa "przeziębienie". Zimno tkwi w człowieku, i żeby mu zaradzić trzeba się rozgrzać (nie schłodzić). Jest wiele sposobów na to, aby pomóc organizmowi w walce z infekcją, ale żaden nie jest "cudowny" i nie postawi nas na nogi w ciągu pół godziny. Trzeba się chwilę pomęczyć, aby pozwolić organizmowi na poradzenie sobie z infekcją. Wyjdzie z tego silniejszy i bardziej odporny na przyszłe przeziębienia. Są dwie bardzo przyjemne propozycje (między wieloma innymi): maliny wewnętrznie (nie dość, że pyszne, to działają rozgrzewająco i wzmacniająco) i imbir zewnętrznie - kąpiel w bardzo ciepłej wodzie z dodatkiem imbiru (może być mielony, z torebki, sprzedawany jako przyprawa), a jeśli na kąpiel nie ma warunków, to przynajmniej stopy do miednicy z bardzo ciepłą wodą z imbirem. A potem do łóżka, pod kołdrę. Nawet jeśli nie nastąpi "cudowne ozdrowienie" po pół godzinie, pomożecie organizmowi poradzić sobie z chorobą.
I dopóki producenci leków nie zaproponują, że najlepszą formą podawania substancji przeciwgorączkowych jest czopek, widząc reklamy wszystkich tych produktów typu "hot", możecie im z powodzeniem powiedzieć, żeby je sobie w d..ę wsadzili.

Od trzech lat nie ma z nami Przemysława Gintrowskiego

Nie chcę generalizować, pisać o "bardach pokolenia". Zamiast tego napiszę tylko, że Przemysławowi Gintrowskiemu zawdzięczam dostęp do krainy poezji.

Szkoły, do których chodziłem (a nie były to szkoły złe), zawsze traktowały poezję jako jakiś obowiązkowy "kwiatek do kożucha". Trzeba było omawiać Kochanowskiego i Mickiewicza, bo "byli wielcy". W rezultacie, przymusowe "Orszulki" i "dzięcieliny" brzydły strasznie. I ciągnęły za sobą wszystko, co napisane wierszem.

Gdyby nie Gintrowski, pewnie nie sięgnąłbym do Herberta, Brylla i wielu innych. Muzyka, którą obudował poezję skłoniła mnie do przyjrzenia się twórczości wielu poetów, w końcu także tych, których tak usilnie starała mi się obrzydzić szkoła.

Nie dane mi było spotkać pana Przemysława inaczej, niż za pośrednictwem nagrań - początkowo przegrywanych potajemnie kaset, potem wydawnictw profesjonalnych. Nie dałem rady także pojechać trzy lata temu na ostatnie z Nim pożegnanie.

A właściwie, odmawiam pożegnania. Przecież jest ze mną nadal, w tej samej postaci, nagranego głosu.

poniedziałek, 19 października 2015

Czytam i rozważam Wasze propozycje

A ostatnio pojawiła się wśród nich propozycja "Ksiąg Jakubowych" Olgi Tokarczuk.
Książkę tę kupiłem podczas ostatnich wakacji i zanurzyłem się w nią, jak w żadną z wcześniejszych tej autorki.
Naprawdę mam nadzieję (choćby mając na względzie ostatnie nagrody dla p. Tokarczuk za tę powieść), że za jej udźwiękowienie weźmie się ktoś, kto będzie potrafił bogactwu literatury dorównać bogactwem interpretacji. Księgi proszą się o doskonałego aktora (przychodzi mi na myśl pan Gosztyła, ale on zawsze przychodzi mi na myśl :-) ).
Na marginesie - w toku powszechnego młotkowania, w które przerodziła się już chyba cała debata publiczna w naszym pięknym kraju, ktoś tam zacytował krytyczne słowa p. Tokarczuk o naszej (i jak sądzę nie tylko naszej) tendencji do stawiania własnych dziejów na piedestale. Czyż nie chcielibyśmy z całych sił wierzyć w to, że jesteśmy ostoją tolerancji, mądrości, pokory, dobrych obyczajów, etc.? Popatrzmy jacy jesteśmy teraz, a może łatwiej będzie przypuścić do siebie myśl, że nasi przodkowie też aniołami nie byli.
Tak się porobiło, że o temacie "Żydzi" nie można już chyba normalnie rozmawiać. Jakże celnie zostało to podsumowane w książce "On wrócił" (rewelacyjna interpretacja p. Boberka w wersji audio) jednym krótkim stwierdzeniem włożonym w usta Hitlera: "Temat "Żydzi" nie jest śmieszny". Można być tylko semitofilem lub antysemitą. Nie można mieć żadnego zdania pośredniego. A już w ogólne nie do zaakceptowania jest opinia, że Żydzi są tak samo niejednorodną grupą, jak Polacy, czy Rosjanie, Belgowie i Szwedzi, i są wśród nich geniusze i głupcy, bohaterowie i tchórze, święci i kanalie, i żadne uogólnienia nigdy nie odzwierciedlą całej prawdy.
Mój śp. dziadek był antysemitą. Nie wiem dlaczego. Nie zdążyłem z nim o tym porozmawiać. Czy jego antysemityzm przekroczył kiedykolwiek poziom poglądu, czyli - innymi słowy - czy przyzwolił na skrzywdzenie kogokolwiek w związku z żydowskim pochodzeniem, albo sam się takiej krzywdy dopuścił, nie wiem. Mam nadzieję, że nie. Ale już sam ten fakt, że kiedyś od mojego własnego dziadka usłyszałem, że czytanie Szołema Alejchema to strata czasu, "bo był Żydem", upoważnia mnie do zgodzenia się z p. Tokarczuk: żadnym świętym wyjątkiem na tym Świecie nie jesteśmy, i warto byłoby to sobie od czasu do czasu szczerze powiedzieć.

Obserwacja z życia

Na końcu uliczki, przy której mieszkam są ogródki działkowe. Codziennie więc przed moimi oknami przejeżdża, mniejsza lub większa (zależnie od pogody), procesja zmotoryzowanych miłośników świeżego powietrza i machania graczką i grabkami. Znam ich wszystkich z widzenia.

Od ponad dwóch tygodni moją uliczkę - ku mojemu i sąsiadów zadowoleniu - rujnują robotnicy układający nam upragnioną kanalizację. Fakt istnienia robót oznaczyli, i pracują codziennie rozkopując fragment drogi, tym samym przynajmniej na pół dnia ją blokując. Dzieje się tak, powtarzam - od dwóch tygodni, a nie od wczoraj. Można się więc już było z powodzeniem zorientować, że dojazd do własnego spłachetka działkowej ziemi bywa ostatnio utrudniony. Do działek można także dojechać od drugiej strony. Z tamtej stronie nie dzieje się żaden drogowy armagedon, i choć dojazd wymaga nadłożenia około 1 km, wiadomo, że zawsze jest drożny.

Właśnie wróciłem z rytualnego spaceru z moimi sukami, podczas którego zaobserwowałem taką scenę: zmotoryzowany Lanosem działkowiec, który codziennie przemyka pod moimi oknami raz w jedną, a raz w drugą stronę, dziś napotkał przy samym wjeździe w ulicę dźwig wyładowujący z wielkiej naczepy betonowe elementy kanalizacji. Oba pojazdy zajęły całą szerokość ulicy. Sprytny użytkownik koreańskiej myśli technicznej, ryzykując utknięcie w rowie, tudzież zahaczenie o pracujący dźwig, przemknął jednak i z uśmiechem tryumfu depnął, aby dziarską 30-tką (droga jest gruntowa, utwardzana) ruszyć dalej, ku bukolicznym rozkoszom ogródków działkowych. Po przejechaniu 100 metrów stanął przed otwartym wykopem, przecinającym całą szerokość drogi w miejscu, gdzie robotnicy robią kolejne przyłącze do posesji. Wysiadł, krytycznie ocenił terenową dzielność Lanosa w kontekście ominięcia nowej przeszkody okolicznym, rozjeżdżonym już nieco przez koparki, polem, i doszedł do wniosku, że jednak nie da rady. Zawrócił, wykonując manewr tył-przód chyba z piętnaście razy, i - już bez dumnego uśmiechu - ruszył z powrotem, aby po chwili natknąć się na naczepę i dźwig kontynuujące prace wyładunkowe. Tym razem dźwig ustawił się tak, ze o przejeździe obok rowu mowy nie było. Właściciel bolidu wysiadł i zaczął wrzeszczeć na robotników. Przecież to oczywiste, że widząc jego wiśniową strzałę powinni natychmiast przerwać pracę i zjechać z drogi. Kiedy klnąc pod nosem zmierzając do swojego pojazdu, mijał mnie, ośmieliłem się powiedzieć "dzień dobry" i zasugerować, że może zostawi samochód na moim podwórku, pójdzie na działkę piechotą (pewnie z 200 metrów), a jak będzie wracał, to naczepy i dźwigu już z pewnością nie będzie, więc sobie spokojnie wróci do domu.

Już dawno nikt nie sugerował swoim wzrokiem tak wyraźnie, że powinienem natychmiast udać się do szpitala specjalistycznego w Warcie, gdzie leczy się takie zaburzenia umysłowe, jak moje.