Weronika

sobota, 22 września 2012

Neil Gaiman - Amerykańscy bogowie - audiobook

Dość często dostaję prośby o nagrania określonych książek. Większość z nich - bardzo interesująca. Jednak - skoro trzeba wybierać - wybieram takie, które uważam za wyjątkowo cenne, albo "pasujące do mnie". Tak właśnie jest w przypadku "Amerykańskich bogów" Neila Gaimana.
Zacząłem nagranie.
Ponieważ w książce jest sporo odniesień do muzyki, chciałem spróbować jakoś tę muzykę tam umieścić. Po chwili doszedłem do wniosku, że sama muzyka, ni stąd ni zowąd, będzie "kłuła w uszy". Zacząłem więc dodawać trochę podkładu i trochę dźwięków "otoczenia". Zrobiła się z tego spora robota. Zakończyłem rozdział 1. Wynik tej pracy jest do posłuchania tu:
 http://chomikuj.pl/mako_new/Audiobooki+r*c3*b3*c5*bcne/Neil+Gaiman+-+Ameryka*c5*84scy+bogowie

Czekam na opinie - czy warto iść w tę formę, czy pozostać przy samym czytaniu.
Nie ukrywam, że tego rodzaju montaż zajmuje znacznie więcej czasu, niż sam montaż słowa.

Ale - przy okazji - mam pytanie: czy może ktoś nie byłby chętny podjąć się montażu dźwięku?? Wtedy "produkcja" szła by znacznie szybciej.

Wiadomości proszę zostawiać na chomiku "mako_new"

sobota, 8 września 2012

Daniel Silva - Portret szpiega. Rozdział 14



Rozdział 14
Georgetown, Washington, D.C.

Kawiarnia znajdowała się na północnym krańcu Georgetown, u stóp Book Hill Park. Gabriel zamówił przy barze cappuccino i z filiżanką w ręku przeszedł przez drzwi balkonowe do niewielkiego ogródka. Otaczające go ściany porastała winorośl. Trzy stoliki ustawione były w cieniu; czwarty stał w pełnym słońcu. Przy nim właśnie siedziała samotna kobieta, zatopiona w lekturze gazety. Miała na sobie czarny dres, ściśle opinający jej szczupłą sylwetkę, a na nogach parę nieskazitelnie białych sportowych butów. Włosy koloru blond, sięgające jej ramion, miała gładko zaczesane w tył, i gumką zebrane w koński ogon. Okulary słoneczne skrywały jej oczy, ale nie mogły ukryć jej nieprzeciętnej urody. Gdy Gabriel podszedł do niej, zdjęła okulary i nadstawiła policzek do pocałunku. Zdawała się zaskoczona jego widokiem.
- Miałam nadzieję, że to będziesz Ty – powiedziała Sarah Bancroft.
- Adrian nie uprzedził Cię o mojej wizycie?
- Jest na to zbyt staromodny, - powiedziała, wykonując lekceważący gest ręką. Jej głos i sposób mówienia miały charakter pasujący do innej epoki. Słuchanie jej nasuwało na myśl postać z powieści Fitzgeralda. – Przysłał mi wczoraj wieczorem zaszyfrowany email, w którym polecił mi stawić się tutaj o dziewiątej. Miałam tu siedzieć do dziesiątej trzydzieści. Gdyby nikt się nie zjawił, miałam wyjść i jak co dzień udać się do pracy. To dobrze, że przyszedłeś. Wiesz, jak nie cierpię być wystawianą do wiatru.
- Widzę, że przyniosłaś sobie coś do czytania, - powiedział Gabriel zerkając na gazetę.
- Nie pochwalasz tego?
- Doktryna Biura zakazuje agentom czytania gazet w kawiarniach. To zbyt oczywiste. – Zrobił pauzę, a następnie dodał, - Myślałem, że lepiej Cię wyszkoliliśmy, Saro.
- Dobrze mnie wyszkoliliście. Lecz od czasu do czasu lubię zachowywać się jak normalny człowiek. A normalny człowiek znajduje czasami przyjemność w przeczytaniu gazety w kawiarni, w słoneczny, jesienny poranek.
- Z Glockiem ukrytym za paskiem spodni.
- Dzięki Tobie jest moim nieodłącznym towarzyszem.
Sarah uśmiechnęła się melancholijnie. Jako córka zamożnego członka zarządu Citibanku spędziła znaczną część dzieciństwa w Europie, gdzie zdobyła europejskie wykształcenie, nauczyła się europejskich języków i nabyła niezaprzeczalnie europejskich manier. Wróciła do Ameryki aby wstąpić do Dartmouth, a później, po rocznym stażu w prestiżowym Courtauld Institute of Art w Londynie, została najmłodszym w historii Harwardu doktorem historii sztuki.
Lecz to życie miłosne Sary Bancroft, a nie jej błyskotliwa edukacja, wprowadziło ją do świata wywiadu. W okresie, kiedy kończyła swoją pracę doktorską zaczęła spotykać się z młodym prawnikiem o nazwisku Ben Callahan, który miał pecha wykupić bilet na lot nr 175 liniami United Airlines rankiem 11 września 2001 roku. Zdołał wykonać jedną rozmowę telefoniczną, zanim samolot, w którym się znajdował, uderzył w południową wieżę World Trade Center. Zadzwonił do Sary. Z błogosławieństwem Adriana Cartera, i przy pomocy zaginionego van Gogha, Gabriel wkręcił ją do świty saudyjskiego miliardera, Zizi al-Bakariego. Była to śmiała akcja, mająca na celu identyfikację mózgu, który zaplanował ataki. Pod koniec operacji, Sara wstąpiła do CIA i otrzymała przydział do ośrodka zwalczania terroryzmu, CTC. Od tego czasu utrzymywała ścisłe kontakty z Biurem i przy wielu okazjach współpracowała z Gabrielem i jego zespołem. W Biurze znalazła sobie nawet kochanka – skrytobójcę i agenta polowego o nazwisku Mikhail Abramov. Sądząc po braku obrączki na wiadomym palcu, ten związek rozwijał się chyba w wolniejszym tempie, niż się tego spodziewała.
- Chwilami jesteśmy razem, chwilami osobno, - powiedziała, jakby czytała w myślach Gabriela.
- A teraz?
- Osobno, - odpowiedziała. – Na dobre.
- Mówiłem Ci, żebyś nie angażowała się w związek z mężczyzną, który zabija dla swojego kraju.
- Miałeś rację, Gabrielu. Jak zawsze.
- Co się wydarzyło?
- Wolałabym nie wchodzić w bolesne szczegóły.
- Powiedział mi, że Cię kocha.
- Mnie mówił to samo. Zabawne, jak to się czasami układa.
- Skrzywdził Cię?
- Nie sądzę, żeby dało się mnie skrzywdzić. – Zanim Sara uśmiechnęła się upłynęła dłuższa chwila. Nie była w tej sprawie szczera; Gabriel to widział.
- Chcesz, żebym z nim pomówił?
- Na Boga, nie, - powiedziała. – Mam wszelkie wymagane kompetencje aby samodzielnie spieprzyć sobie własne życie.
- On ma za sobą kilka trudnych operacji, Saro. Ostatnia z nich…
- Mówił mi o tym, - powiedziała. – Czasami żałuję, że nie zginął w tych Alpach.
- Nie mówisz poważnie.
- Nie, - odpowiedziała ponuro, - ale z ulgą przyszło mi powiedzieć coś takiego.
- Może tak jest lepiej. Powinnaś sobie znaleźć kogoś, kto nie mieszka na drugiej półkuli. Kogoś na miejscu, w Waszyngtonie.
- I co mam powiedzieć, kiedy taki amant zapyta mnie o to, gdzie pracuję?
Gabriel nie odpowiedział.
- Wiesz, nie jestem coraz młodsza. Niedawno skończyłam…
- Trzydzieści siedem lat, - dopowiedział Gabriel.
- Co oznacza, że w szybkim tempie zbliżam się do stanu określanego jako staropanieństwo, - powiedziała Sarah, krzywiąc się. – Jak sądzę, najlepszym co mogłoby mnie spotkać byłoby wygodne i pozbawione uczuć małżeństwo ze starszym, acz zamożnym mężczyzną. Jeśli będę miała szczęście, to pozwoli mi mieć jedno, albo nawet dwoje dzieci, które będę zmuszona wychowywać sama, ponieważ on nie będzie się nimi interesował.
- Z pewnością przyszłość nie rysuje się w aż tak ciemnych barwach.
Wzruszyła ramionami i upiła łyk kawy. – A jak Tobie układa się z Chiarą?
- Doskonale, - odpowiedział Gabriel.
- Obawiałam się, że tak to ujmiesz, - zrzędliwie zamruczała Sarah.
- Saro . . .
- Nie martw się, Gabrielu, z Ciebie wyleczyłam się dawno temu.
Do ogródka weszły dwie kobiety w średnim wieku i zajęły stolik po przeciwnej stronie. Sarah pochyliła się ku Gabrielowi w udawanym geście zażyłości i po francusku zapytała, co robi w Waszyngtonie. Odpowiedział pukając palcem w nagłówki jej gazety.
- Od kiedy to rosnący dług publiczny Stanów jest problemem wywiadu izraelskiego? – zapytała żartobliwie.
Gabriel ponowie wskazał na znajdujący się na pierwszej stronie artykuł dotyczący przewalającej się przez środowiska wywiadu USA debaty na temat proweniencji trzech ataków w Europie.
- Jak dałeś się w to wciągnąć?
- W miniony piątek razem z Chiarą zrobiliśmy sobie przechadzkę po Covent Garden, mając zamiar zjeść tam lunch.
Twarz Sary pociemniała. – Więc doniesienia o niezidentyfikowanym mężczyźnie wyciągającym broń na kilka sekund przed atakiem …
- Są prawdziwe, - powiedział Gabriel. – Mogłem uratować osiemnaście osób. Niestety, Brytyjczycy nie chcieli o niczym takim słyszeć.
- Więc kto, według Ciebie, jest za to odpowiedzialny?
- Ty jesteś ekspertką od terroryzmu, Saro. Ty mi powiedz.
- Możliwe, że ataki zaplanowano w ramach starej linii przywództwa Al-Kaidy w Pakistanie, - powiedziała. – Lecz według mnie, mamy do czynienia z całkowicie nową siatką.
- Pod czym przywództwem?
- Kogoś, kto ma charyzmę Bin Ladena, i kto jest w stanie rekrutować własnych agentów w Europie, a także wykorzystywać komórki innych grup terrorystycznych.
- Masz kogoś na myśli?
- Tylko jednego kandydata, - powiedziała. - Rashida al-Husseini.
- Dlaczego Paryż?
- Zakaz noszenia zasłon twarzy.
- Kopenhaga?
- Nadal nie pogodzili się z satyrycznymi rysuneczkami.
- A Londyn?
- London to nisko wiszący owoc. Londyn można zawsze zaatakować.
- Nieźle, jak na byłą kurator Kolekcji Phillipsa.
- Jestem historykiem sztuki, Gabrielu. Umiem łączyć kropki. Umiem łączyć znacznie więcej, jeśli chcesz.
- Proszę.
- Twoja obecność w Waszyngtonie oznacza, że pogłoski są prawdą.
- Jakie pogłoski?
- Te, które mówią, że Rashid był na liście płac Agencji po 11 września. Te, które mówią, że bardzo dobry pomysł okazał się być bardzo złym pomysłem. Adrian wierzył Rashidowi, a Rashid odpłacił za to zaufanie budując swoja siatkę tuż pod naszym nosem. Teraz, jak sądzę, Adrian chciałby, abyś to Ty zajął się tym problemem za niego. I oczywiście – całkowicie poufnie.
- Jest jakieś inne wyjaśnienie?
- Nie, jeśli pojawiasz się Ty, - powiedziała. – A co to ma wspólnego ze mną?
- Adrian potrzebuje kogoś, kto będzie mnie szpiegował. Wybór Ciebie był oczywisty. - Gabriel zawahał się, a potem dodał, - Lecz jeśli uważasz, że to byłoby zbyt krępujące . . .
- Ze względu na Mikhaila?
- Możliwe, że musielibyście znów razem pracować, Saro. Nie chciałbym, aby uczucia osobiste wpływały na gładką pracę zespołu.
- A kiedyż to Twój zespół pracował gładko? Wy, Izraelczycy. Wy ciągle walczycie ze sobą.
- Lecz nigdy nie pozwalamy, aby uczucia osobiste wpływały na decyzje operacyjne.
- Jestem profesjonalistką, - powiedziała. – Jeśli pamiętasz to wszystko, przez co wspólnie przeszliśmy, chyba nie muszę Ci o tym przypominać.
- Nie musisz.
- Więc, od czego zaczynamy?
- Musimy troszkę lepiej poznać Rashida.
- Jak to zrobimy?
- Zapoznając się z aktami Agencji.
- Ale akta pełne są kłamstw.
- Zgadza się, - powiedział Gabriel. – Lecz te kłamstwa są jak warstwy farby na płótnie. Możliwe, że gdy zdejmiemy warstwę po warstwie naszym oczom ukaże się prawda.
- W Langley nikt nie wyraża się w ten sposób.
- Wiem, - powiedział Gabriel. – Gdyby potrafili, byłbym w dalszym ciągu w Kornwalii, pracując nad Tycjanem.

piątek, 7 września 2012

Daniel Silva - portret szpiega. Rozdział 13 - tłum. Piotrka



(tłumaczenie Piotrka)
Rozdział 13

Georgetown, Washington, D.C.

 ADRIAN CARTER BYŁ DOKTRYNEREM gdy chodziło o kwestie zawodowe, znaczyło to, że nie mógł rozmawiać zbyt długo bezpiecznym domu, nawet gdy była to jeden z jego własnych.  Zeszli po zakręconych frontowych schodach, mając na ogonie jednego ochroniarza CIA, kierując się na zachód wzdłuż ulicy N. Było kilka minut po dziewiątej. Mokasyny Cartera rytmicznie postukiwały na chodniku z czerwonej cegły, lecz Gabriel zdawał się poruszać bezdźwięcznie. Autobus Metro przejechał z hukiem, wypełniony po brzegi. Gabriel wyobraził sobie taki sam autobus rozdarty na pół i pochłonięty przez płomienie.

- Gdzie się udał po opuszczeniu Mekki?

- Wierzymy, że żyje pod ochroną plemion w Dolinie Rafadh w Jemenie. Panuje tam pełne bezprawie, bez szkół, brukowanych ulic, a nawet bez przyzwoitego wodociągu. Prawdę powiedziawszy, cały kraj jest wyschnięty na kość. Sana może być pierwszą stolicą na ziemi, w której faktycznie zabraknie wody.

- Ale nie islamskich bojowników- powiedział Gabriel.

- Och, nie, -  Carter przytaknął. - Yemen jest na dobrej drodze do zostania kolejnym Afganistanem. Na razie zadowalamy się okazjonalnym odpalaniem rakiet Hellfire zza granicy. Ale to tylko kwestia czasu zanim będziemy musieli wkroczyć i wysuszyć to bagno. - Rzucił okiem na Gabriela i dodał, - Prawdę mówiąc to naprawdę w Jemenie są bagna, ciąg mokradeł wzdłuż linii brzegowej, produkujących malaryczne moskity wielkości myszołowów. Mój Boże, co za koszmarne miejsce.

Carter przez chwilę szedł w ciszy z rękoma założonymi za plecami i opuszczona głową. Gabriel zręcznie ominął korzeń wyrastający z chodnika i zapytał jak Rashid komunikuje się ze swoją siatką z takiej dziury zabitej dechami.

- Nie zdołaliśmy tego rozszyfrować, - odparł Carter. - Zakładamy, że używa członków lokalnych plemion do przenoszenia wiadomości do Sany albo może przez zatokę adeńską do Somalii, gdzie nawiżał kontakty z grupą terrorystyczną al-Shabaab. Jednak jednej rzeczy  jesteśmy pewni. Rashid nie korzysta z telefonu, satelitarnego ani innego. Nauczył się wiele o możliwościach Amerykanów gdy był na naszej liście płac. I teraz kiedy przeszedł na drugą stronę, robi dobry użytek z tej wiedzy.

- Zapewnie również nauczyliście go jak zaplanować i wykonać zsynchronizowaną serię ataków w trzech europejskich krajach.

- Rashid jest utalentowanym obserwatorem i źródłem inspiracji, - powiedział Carter, - ale nie jest geniuszem operacyjnym. Jest jasne, że pracuje z kimś dobrym. Jeśli miałbym zgadywać, trzy ataki w Europie zostały zrealizowane przez kogoś kto zjadł zęby na…

- Bagdadzie,- powiedział Gabriel, kończąc za Cartera jego myśl. 
- Alma Mater terroryzmu,- dodał Carter, potakując. - Jego absolwenci są doktorami, odbywającymi staż na konkurowaniu z Agencją i Amerykańską armią.

- Tym bardziej powinieneś się nimi zająć.

Carter nie odpowiedział.

- Adrian, dlaczego my?

- Dlatego, że Amerykański aparat wali z terrorem  rozrósł się aż tak bardzo, że nie jesteśmy wstanie schodzić sobie nawzajem z drogi. Ostatnio mieliśmy ponad osiemset tysięcy ludzi ze ściśle tajnymi uprawnieniami. Osiemset tysięcy,- Carter powtórzył z niedowierzaniem, - i jeszcze nie byliśmy w stanie powstrzymać pojedynczego Islamskiego bojówkarza przed podłożeniem bomby w sercu Times Square. Nasze zdolności do zdobywania informacji są niezrównane, ale jesteśmy zbyt duzi i zbyt nieruchawi, aby być efektywnymi. Przede wszystkim jesteśmy Amerykanami, i kiedy przeciwstawiamy się zagrożeniu, rzucamy w nie dużymi ilościami pieniędzy. Czasami, lepiej być małym i bezwzględnym. Jak Wy.

- Ostrzegaliśmy  was przed niebezpieczeństwami reorganizacji.

- I byłoby mądrze gdybyśmy was posłuchali, - powiedział Carter. - Ale nasz nieporęczny rozmiar to tylko cześć problemu. Po jedenastym września, zdjęliśmy rękawiczki, i zaadoptowaliśmy podejście "wszystkie chwyty dozwolone" przy rozprawianiu się z wrogiem. Dziś, staramy się nie wspominać wroga po imieniu, żeby go nie urazić. W Langley, praca w antyterroryzmie jest uznawana za politycznie niebezpieczną. Wszyscy najlepsi oficerowie tajnych służb uczą się mówić po Mandaryńsku.

- Chińczycy nie knują aby zabić Amerykanów.

- Ale Rashid tak,- powiedział Carter, - i nasz wywiad sugeruje że planuje coś spektakularnego w niedalekiej przyszłości. Musimy zniszczyć jego siatkę, i musimy to zrobić szybko. Ale nie możemy tego zrobić jeśli jesteśmy zmuszani działać według nowych zasad ustanowionych przez prezydenta Hope i jego pełnego dobrych intencji wspólnika Jamesa McKenna.

- Dlatego chcesz abyśmy to my odwalili za was brudną robotę.

- Zrobiłbym to samo dla Cebie,- powiedział Carter. - I nawet nie próbuj mi wmówić że brak Ci możliwości. Biuro było pierwszą zorientowaną na zachód agencją wywiadowczą która utworzyła jednostkę analityczną poświęconą globalnemu ruchowi dżihadystów. Byliście także pierwszymi, którzy zidentyfikowali Osamę Bin Ladena jako głównego terrorystę, i pierwszymi którzy mieli szansę go zabić. Gdyby wam się udało, jest bardzo prawdopodobne że jedenasty września nigdy by się nie wydarzył.

Przybyli na róg trzydziestej piątej ulicy. Następna przecznica była zamknięta dla ruchu barykadą. Po przeciwnej stronie, dzieci ze szkoły Świętej Trójcy skakały na skakance i podawały sobie piłki, ich radosne krzyki odbijały się od fasad okolicznych budynków. To była idylliczna scena, pełna gracji i życia, ale sprawiła, że Carter poczuł się nieswojo.

- Bezpieczeństwo wewnętrzne to mit, -  powiedział, zerkając na dzieci. - To jest bajka na dobranoc, którą opowiadamy naszym ludziom aby w nocy mogli czuć się bezpiecznie. Pomimo  naszych najlepszych starań i wydanych miliardów dolarów, Stany Zjednoczone są w dużej mierze nie do obronienia. Jedynym sposobem aby zapobiec atakom na Amerykańskiej ziemi jest wywąchanie ich zanim dotrą do naszych brzegów. Musimy rozerwać na strzępy ich siatki i zabić ich agentów.

- Zabicie Rashida al-Husseini też może być niezłym pomysłem.

- Bardzo byśmy chcieli, - powiedział Carter. - Ale to nie będzie możliwe dopóki nie znajdziemy jakiegoś dojścia do jego wewnętrznego kręgu.

Carter prowadził Gabriela na północ wzdłuż trzydziestej piątej ulicy. Wyjął fajkę z kieszeni swego płaszcza i zaczął z roztargnieniem nabijać ją tytoniem.

- Walczysz z terrorystami dłużej niż ktokolwiek inny w branży, Gabrielu, oczywiście nie licząc Shamrona. Wiesz jak przeniknąć do ich struktur, a to jest coś w czym my nigdy nie byliśmy dobrzy, i wiesz jak je wywrócić do góry nogami. Chcę abyś dostał się do wnętrza siatki Rashida i ją zniszczył. Chcę abyś sprawił, aby zniknęła.

- Penetracja siatek terrorystycznych dżihadystów to nie to samo co penetracja Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Oni są zbyt zamknięci aby przyjmować obcych, i ich członkowie są w dużym stopniu odporni na ziemskie pokusy.

- Róża, która jest różą, jest różą. I siatka, która jest siatką, jest siatką.

- Co masz na myśli?

- Zapewniam Cię, że są różnice między siatkami terrorystycznymi dżihadystów i Palestyńczyków, ale podstawowa struktura jest taka sama. Są tam planiści i żołnierze, skarbnicy i kwatermistrze, kurierzy i kryjówki. I w miejscach gdzie te wszystkie części się przecinają, jest słaby punkt, który tylko czeka aż wykorzysta go ktoś tak sprytny jak Ty.

Powiew wiatru poniósł dym z fajki na twarz Gabriela. Wymieszany specjalnie dla Cartera przez nowojorskiego blendera, śmierdział spalonymi liści i mokrym psem. Gabriel odgonił go ręką i pytał, - Jak to niby ma wyglądać?

- Czy to znaczy, że to zrobisz?

- Nie, odrzekł Gabriel, - to znaczy, że chcę wiedzieć jak to wszystko ma działać.

- Będziesz funkcjonował jako wirtualny oddział Ośrodka Antyterrorystycznego CTC, praktycznie tak samo jak jednostka zajmująca się Bin Ladenem przed jedenastym września, ale z jedna znaczną różnicą.”

- Reszta CTC nie będzie wiedziała, że tam jestem.

Carter przytaknął. - Wszystkie zamówienia na dokumenty będą realizowane przez mój zespół i mnie. A kiedy przyjdzie czas, abyś wkroczył do akcji, będę działał jako policjant od zarządzania ruchem tajniaków, aby upewnić się, że nie  potkniesz się o żadną trwającą operację Agencji, ani oni o Ciebie.”

- Będę musiał zobaczyć wszystko co masz. Wszystko, Adrian.

- Dostaniesz dostęp do najbardziej wrażliwych danych wywiadu dostępnych dla rządu Stanów Zjednoczonych, włączając w to akta sprawy Rashida i wszystkich zatrzymań NSA. Po za tym pozwolimy Ci zobaczyć wszystkie dane o trzech atakach, które napływają do nas od naszych siostrzanych służb w Europie. - Carter przerwał. - Myślałem, że jedynie te dane będą wystarczającą pokusą do wzięcia tego zadania. W końcu, Twoja współpraca z Europejczykami w tej chwili nie jest wygląda kwitnąco.

Gabriel nie odpowiedział bezpośrednio. - To zbyt dużo materiału abym mógł go sam przejrzeć. Będę potrzebował pomocy.

- Możesz sprowadzić tylu pomocników ilu będziesz potrzebował, oczywiście w granicach rozsądku. Biorąc pod uwagę delikatną naturę danych, ja również będę potrzebował kogoś aby spoglądał Ci przez ramię. Kogoś, kto zna Twoje zwodnicze metody. Już mam nawet kandydata.

- Gdzie ona jest?

- Czeka w kawiarni na Wisconsin Avenue.

- Jesteś bardzo pewny siebie, Adrian.

Carter zatrzymał się i sprawdził swoja fajkę. - Gdybym skłaniał się ku zbytniemu sentymentalizmowi, - powiedział po chwili, - przypomniał bym Ci o masakrze, której byłeś świadkiem w popołudnie ostatniego piątku w Covent Garden i poprosiłbym, abyś wyobraził sobie, że to się odgrywa raz za razem. Ale tego nie zrobię, bo to by było nieprofesjonalne. Zamiast tego powiem Ci, że Rashid ma armię męczenników, takich Farid Khan, czekających na jego polecenia. Armię, którą zwerbował z moja pomocą. Stworzyłem Rashida. On jest moja pomyłką. I musisz go zniszczć zanim ktoś inny będzie musiał zginąć.

- Możesz mi nie uwierzyć, ale nie mam uprawnień aby powiedzieć Ci "tak". Uzi będzie musiał najpierw się pod tym podpisać.

- Już to zrobił. Tak samo jak wasz premier.

- Zakładam, że odbyłeś również prywatną pogawędkę z Grahamem Seymourem.

Carter przytaknął. - Z oczywistych przyczyn, Graham chciałby być na bieżąco informowany o Twoich postępach. Poza tym, chciałby zostać ostrzeżony, jeśli Twoja operacja trafi przez przpadek na brytyjską ziemię.

- Zwiodłeś mnie, Adrianie.

- Jestem szpiegiem, - odparł Carter, zapalając znowu swoja fajkę. – Kłamstwo jest nieodłącznie ze mną związane. Tak jak z Tobą. Teraz musisz tylko wymyślić jak nakłamać Rashidowi. Ale bądź przy tym ostrożny. Nasz Rashid jest bardzo dobry w swoim fachu. Mam blizny, które to potwierdzają.

To pierwszy rozdział, którego tłumaczenia podjął się Piotr. Być może zdecyduje się na więcej. Zachęcam także następnych, do spróbowania swoich sił.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Daniel Silva - Portret szpiega - rozdział 12


Rozdział 12
Georgetown, Washington, D.C.

Przeszli na taras zlokalizowany na tyłach budynku i zajęli dwa kute, żelazne krzesła przy balustradzie. Carter balansował filiżanką kawy na kolanie i utkwił wzrok w szarych, strzelistych wieżach wznoszących się z gracją nad Uniwersytetem Georgetown. Paradoksalnie, mówił teraz o podłej dzielnicy San Diego, gdzie pewnego letniego dnia roku 1999 zjawił się młody jemeński duchowny o nazwisku Rashid al-Husseini. Dzięki pieniądzom zapewnionym przez saudyjską organizację charytatywną Jemeńczyk nabył podupadającą nieruchomość, dawniej dom handlowy, założył meczet i ruszył na poszukiwanie wiernych. Większość swoich wysiłków skupił na miasteczku uniwersyteckim Uniwersytetu Stanowego w San Diego, gdzie pozyskał oddanych zwolenników pośród arabskich studentów, którzy przybyli do Ameryki, aby uciec od krępujących ograniczeń społecznych swoich ojczyzn, tylko po to aby znaleźć się w izolacji na ziemi należącej do obcych. Rashid miał wyjątkowe kwalifikacje, aby stać się ich przewodnikiem. Był jedynym synem byłego ministra w rządzie Jemenu, urodził się w Ameryce, mówił potocznym amerykańskim angielskim i był – nie tak znowu dumnym – posiadaczem amerykańskiego paszportu.
- Meczet Rashida zaczął gromadzić wszelkich przybłędów i pięknoduchów, a pośród nich znaleźli się także dwaj Saudyjczycy o nazwiskach Khalid al-Mihdhar i Nawaf al-Hazmi. - Carter spojrzał na Gabriela i dodał, - Mam nadzieję, że nazwiska te nie są ci obce.
- To dwaj porywacze samolotu American Airlines lot 77, osobiście wybrani przez samego Osamę Bin Ladena. W styczniu 2000 byli obecni na spotkaniu planistycznym w Kuala Lumpur, po czym jednostka CIA zajmująca się Bin Ladenem zdołała ich zgubić. Później okazało się, że obaj przylecieli do Los Angeles i cały czas znajdowali się na terenie USA – o czym nie zechcieliście poinformować FBI.
- Ku mojemu wiecznemu wstydowi, - powiedział Carter. – Ale to nie jest opowieść o al-Mihdharze i al-Hazmim.
Opowieść, którą podjął Carter była historią Rashida al-Husseini, który wkrótce zyskał sobie w islamskim świecie reputację magnetycznego kaznodziei, kogoś, kogo Allach obdarował pięknym i kuszącym językiem. Jego kazania stały się obowiązkowym źródłem wiedzy nie tylko w San Diego, ale także na Bliskim Wschodzie, gdzie rozprowadzano je w postaci nagrań na kasetach. Wiosną 2001 r., zaproponowano mu stanowisko duchownego we wpływowym islamskim ośrodku pod Waszyngtonem, w podmiejskim rejonie Falls Church, w Wirginii. Niedługo potem, Nawaf al-Hazmi modlił się tam wraz z młodym Saudyjczykiem z Taif, nazywającym się Hani Hanjour.
- Tak przez przypadek, - powiedział Carter, - meczet zlokalizowany jest przy Leesburg Pike. Jeśli skręcisz stamtąd w lewo w Columbia Pike i przejedziesz parę mil prosto, natkniesz się na zachodnią fasadę Pentagonu – i to dokładnie zrobił Hani Hanjour rankiem 11 września. Rashid był w tym czasie w swoim biurze. Słyszał samolot przelatujący mu nad głową na kilka sekund przed uderzeniem.
FBI nie potrzebowało długiego czasu, aby powiązać al-Hazmiego i Hanjoura z meczetem w Falls Church – kontynuował Carter – Także media szybko wydeptały ścieżkę prowadzącą do drzwi Rashida. Odkryły tam elokwentnego i oświeconego młodego duchownego, uosobienie umiarkowania, który jednoznacznie potępił ataki z 11 września i wezwał swoich muzułmańskich braci do odrzucenia drogi przemocy i terroryzmu w jakiejkolwiek formie. Biały Dom był pod takim wrażeniem charyzmatycznego imama, że zaprosił go, wraz z kilkoma innymi naukowcami i duchownymi muzułmańskimi, na prywatne spotkanie z prezydentem. Departament Stanu stwierdził, że Rashid może być doskonałym kandydatem na osobę, która zbuduje most pomiędzy Ameryką a 500 milionami sceptycznie nastawionych muzułmanów. Agencja miała jednak odrobinę inny pomysł.
- Pomyśleliśmy, że Rashid może pomóc nam spenetrować obóz naszego nowego wroga, - mówił Carter. – Lecz zanim podjęliśmy próbę podejścia, musieliśmy odpowiedzieć na kilka pytań. Przede wszystkim, czy był on w jakikolwiek sposób zaangażowany w spisek 11 września, i czy jego kontakty z porywaczami miały charakter czysto przypadkowy? Przyglądaliśmy mu się pod każdym kątem, jaki przyszedł nam do głowy, począwszy od założenia, że na jego rękach jest całe mnóstwo amerykańskiej krwi. Analizowaliśmy wykresy czasowe. Sprawdzaliśmy, kto gdzie był. Na zakończenie stwierdziliśmy, że Imam Rashid al-Husseini był czysty.
- A potem?
- Wysłaliśmy emisariusza do Falls Church, aby sprawdził, czy Rashid będzie zainteresowany przekuciem słów w czyn. Jego reakcja była pozytywna. Przejęliśmy go następnego dnia i zabraliśmy w bezpieczne miejsce w pobliżu granicy z Pensylwanią. I wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa.
- Rozpoczęliście proces oceny od nowa.
Carter przytaknął. – Ale tym razem obiekt siedział po przeciwnej stronie stołu, przypięty do poligrafu. Badaliśmy go przez trzy dni, rozbierając na części pierwsze całą jego przeszłość i związki.
- I jego historia się utrzymała.
- Zdał śpiewająco. Więc wyłożyliśmy kawę na ławę, a obok kawy stertę pieniędzy. To była porta operacja. Rashid miał odbyć tourne po islamskim świecie, głosząc tolerancję i umiarkowanie, a jednocześnie dostarczając nam nazwiska innych potencjalnych rekrutów, gotowych do służenia naszej sprawie. Dodatkowo, miał obserwować młodych gniewnych, którzy zdawaliby się być podatnymi na syreni śpiew dżihadystów. Wyprawiliśmy go najpierw w testową trasę po Stanach, w ścisłej współpracy z FBI, a potem rozpoczęła się praca międzynarodowa.
Bazując w zdominowanej przez muzułmanów okolicy we Wschodnim Londynie, Rashid spędził kolejne trzy lata przemierzając Europę i Bliski Wschód wzdłuż i wszerz. Przemawiał na konferencjach, modlił się w meczetach i udzielał wywiadów płaszczącym się przed nim dziennikarzom. Ogłosił Bin Ladena mordercą, który złamał prawa Allacha i sponiewierał nauki Proroka. Uznał prawo Izraela do istnienia i wezwał do negocjacji pokojowych z Palestyńczykami. Potępił Saddama Husseina jako dyktatora nie mającego nic wspólnego z Islamem, choć – zgodnie z radami otrzymanymi przez prowadzących go oficerów CIA – nie poparł amerykańskiej inwazji. Jego nauki nie zawsze były dobrze przyjmowane przez słuchaczy, ani też jego działania nie ograniczały się do fizycznego świata. Z pomocą CIA, Rashid zaznaczył swoją obecność w Internecie, gdzie starał się konkurować z pro-dżihadyjską propagandą Al-Kaidy. Goście odwiedzający jego stronę byli identyfikowani i ich dalsze kroki w cyberprzestrzeni śledzone.
-Operację tę uznano za jeden z najbardziej udanych wysiłków na rzecz penetracji świata, który w większości był nam całkowicie obcy i nieznany. Rashid zapewniał swoim prowadzącym nieprzerwany potok nazwisk, zarówno tych dobrych, jak i tych potencjalnie złych, a nawet dostarczał wskazówek na temat pewnych przygotowywanych działań. W Langley nie mogliśmy wyjść z podziwu nad naszym własnym sprytem i przenikliwością. Myśleliśmy, że ten raj będzie trwał wiecznie. Ale skończył się i to raczej gwałtownie.
Miejscem w którym się to stało była - odpowiednio do sytuacji - Mekka. Rashid został zaproszony do wygłoszenia wykładu na tamtejszym uniwersytecie – wielki zaszczyt dla duchownego, na którym spoczywało przekleństwo posiadania amerykańskiego paszportu. Mając na względzie fakt, że Mekka jest niedostępna dla niewiernych, CIA nie miała innego wyboru, jak tylko wypuścić go tam samego. Poleciał z Ammanu do Rijadu, gdzie po raz ostatni spotkał się ze swoimi prowadzącymi z CIA, potem wszedł na pokład samolotu wewnątrzkrajowych saudyjskich linii lotniczych lecącego do Mekki. Jego wystąpienie było zaplanowane na ósmą tamtego wieczoru. Rashid nigdy się tam nie pojawił. Zniknął bez śladu.
- Początkowo baliśmy się, że został porwany i zabity przez lokalne odgałęzienie Al-Kaidy. Niestety, okazało się, że stało się inaczej. Nasza wielce wielbiona własność pojawiła się kilka tygodni później w Internecie. Elokwentny, oświecony młody człowiek nawołujący do umiarkowania odszedł w przeszłość. Zastąpił go drapieżny fanatyk, głoszący, że jedyną metodą, jaką można postępować z Zachodem jest zniszczenie go.
- Oszukał was.
- Najwyraźniej.
- Od jak dawna?
- To pytanie pozostaje otwarte, - powiedział Carter. – W Langley są tacy, którzy uważają, że Rashid był zły od początku. Inni snują teorie, że na krawędź załamania doprowadziło go poczucie winy związane z pełnieniem roli szpiega dla niewiernych. Jakkolwiek było, jedno pozostaje bezsporne. W czasie, kiedy podróżował po świecie Islamu za nasze pieniądze, zorganizował imponującą siatkę współpracowników, i to tuż pod naszym nosem. To człowiek obdarzony wielkim talentem obserwacji i posiadający ogromne umiejętności zwodzenia i odwracania uwagi. Mieliśmy nadzieję, że pozostanie przy nauczaniu i rekrutacji, lecz nasze nadzieje okazały się płonne. Ataki w Europie były popisem grupy Rashida. On chce zastąpić Osamę Bin Ladena na tronie przywódcy globalnego ruchu dżihadyjskiego. Chce także zrobić coś, co się nigdy Bin Ladenowi nie udało po 11 września.
- Uderzyć w odległego wroga w jego własnym kraju, - dokończył Gabriel. – Rozlać amerykańską krew na amerykańskiej ziemi.
- Mając do dyspozycji siatkę kupioną i opłacaną przez Centralną Agencję Wywiadowczą, - dodał ponuro Carter. – Chciałbyś mieć coś takiego wyryte na własnym nagrobku? Jeśli kiedykolwiek wyjdzie na jaw, że Rashid al-Husseini był kiedyś na naszej liście płac ... – głos Cartera ścichł do szeptu. – Popioły, popioły, wszyscy upadniemy.
- Czego ode mnie oczekujesz, Adrian?
- Chcę, żebyś upewnił się, że zamach bombowy w Covent Garden był ostatnim atakiem, jaki kiedykolwiek przeprowadził Rashid al-Husseini. Chcę, żebyś rozbił jego siatkę zanim ktoś jeszcze zginie z powodu mojego szaleństwa.
- To wszystko?
- Nie, - powiedział Carter. – Chcę, aby cała operacja pozostała tajna i żeby nawet słówko o niej nie dotarło do uszu prezydenta, Jamesa McKenny, i całej reszty amerykańskich służb wywiadowczych.

Daniel Silva - Portret szpiega - rozdział 11


Rozdział 11
Georgetown, Washington, D.C.

Dom zajmował kwaterę ulic pod numerem 3300 przy ulicy Północnej. Była to jedna z tych eleganckich, tarasowych rezydencji w stylu federalnym, wybudowana za pieniądze, o których mogli pomyśleć wyłącznie najbogatsi mieszkańcy Waszyngtonu. W półmroku zbliżającego się świtu Gabriel wspiął się po łuku schodów prowadzących do głównego wejścia i, zgodnie z otrzymaną instrukcją, wszedł do środka nie dotykając dzwonka. Adrian Carter czekał w foyer. Miał na sobie nieprasowane chinosy, bluzę dresową i beżową, sztruksową marynarkę. Garderoba ta, w połączeniu z jego kędzierzawymi, przerzedzającymi się włosami i niemodnym wąsikiem, nadawała mu wygląd profesora prowincjonalnej uczelni, z tego rodzaju, który opowiada się na obroną wartości podstawowych i tkwi cierniem w boku dziekanowi. Jako dyrektor Narodowej Tajnej Służby CIA, Carter nie miał obecnie żadnych innych obowiązków poza ochroną amerykańskiej ojczyzny przed kolejnym atakiem terrorystycznym — choć dwa razy w każdym miesiącu, jeśli pozwalały mu na to obowiązki, można go było znaleźć w podziemiach jego kościoła episkopalnego położonego na przedmieściu Reston, przygotowującego posiłki dla bezdomnych. Dla Cartera praca wolontariusza była medytacją, rzadką okazją do zanurzenia dłoni w czymś innym, niż wzajemnie niszcząca wojna, która gorzała nieustannie w salach konferencyjnych pokaźnej społeczności wywiadowczej Ameryki.
Powitał Gabriela z ostrożnością naturalną u osób ze świata tajemnic i zaprosił go do środka. Gabriel zatrzymał się na chwilę w centralnym holu i rozejrzał się. W tych ponuro urządzonych pokojach sporządzano i zrywano tajne protokoły, walizkami wypchanymi amerykańską gotówką i obietnicami amerykańskiej ochrony namawiano do zdrady ojczyzn. Carter korzystał z tego miejsca tak często, że w Langley określano je jako jego garsonierę w Georgetown. Pewien dowcipniś z Agencji nazwał je kiedyś Dar-al-Harb, co po arabsku oznacza „dom wojny”. Była to oczywiście tajna wojna, ponieważ Carter nie znał żadnej innej metody walki.
Adrian Carter nigdy nie dążył do władzy. Była ona składana na jego wąskich ramionach, jedna niechciana cegła po drugiej. Zwerbowany do Agencji jeszcze jako student, większość swojej kariery spędził prowadząc tajną wojnę z Rosjanami — najpierw w Polsce, gdzie zajmował się przekazywaniem pieniędzy i powielaczy dla podziemnej Solidarności, później w Moskwie, gdzie pełnił funkcję kierownika placówki, a w końcu w Afganistanie, gdzie zachęcał i uzbrajał żołnierzy Allacha, choć zdawał sobie sprawę, że kiedyś zwalą na jego głowę deszcz ognia i śmierci. Gdy Afganistan okazał się być gwoździem do trumny Imperium Zła, dla Cartera oznaczało to przepustkę do dalszej kariery. Upadek Związku Radzieckiego monitorował już nie z pierwszej linii frontu, lecz z wygodnego gabinetu w Langley, gdzie niedawno awansowano go na stanowisko zwierzchnika wydziału europejskiego. Podczas gdy jego podwładni jawnie świętowali upadek odwiecznego wroga, Carter obserwował rozwój wydarzeń ze złymi przeczuciami. Jego ukochana Agencja nie przewidziała upadku komunizmu. Świadomość tej porażki ciążyła nad całym Langley przez wiele następnych lat. Co gorsza, w mgnieniu oka CIA straciła sens swojego istnienia.
Ta sytuacja uległa zmianie o poranku 11 września 2001 r. Wojna, która rozpętała się po tej dacie będzie wojna toczoną w mrokach i cieniach – w miejscach doskonale znanych Adrianowi Carterowi. Gdy Pentagon z trudem starał się opracować jakąś koncepcję wojskowej reakcji na horror 11 września, to właśnie Carter i jego personel z Centrum Zwalczania Terroryzmu przedstawili odważny plan zniszczenia afgańskiej kryjówki Al-Kaidy siłami finansowanych przez CIA partyzantów pod wodzą niewielkiej grupy amerykańskich agentów specjalnych. I kiedy dowódcy i szeregowi żołnierze Al-Kaidy zaczęli wpadać w amerykańskie ręce, to Carter – zasiadając za swoim biurkiem w Langley – był często ich oskarżycielem i sędzią. Tajne bazy, nadzwyczajne metody operacyjne i rozszerzone metody przesłuchań – wszystko to nosiło na sobie odciski palców Cartera. Nie miał wyrzutów sumienia w odniesieniu do swoich działań – to byłby zbytek luksusu. Dla Adriana Cartera, każdy ranek był rankiem 12 września. Przysiągł, że już nigdy nie zobaczy Amerykanów uciekających spod stóp płonących wieżowców, padających pod żarem terrorystycznego ognia.
Przez dziesięć lat Carterowi udawało się dotrzymać tej przysięgi. Nikt nie uczynił więcej od niego dla ochrony Ameryki przed przewidywanym drugim atakiem, i nikogo bardziej nie ścigały prasowe obietnice postawienia przed sądem za popełnione sekretne grzechy. Za radą prawników Agencji zatrudnił szalenie drogiego waszyngtońskiego prawnika, którego honorarium uszczuplało jego oszczędności do takiego stopnia, że jego żona, Margaret, musiała wrócić do pracy jako nauczycielka. Przyjaciele namawiali Cartera, aby porzucił Agencję i przyjął lukratywne stanowisko w kwitnącym w Waszyngtonie prywatnym sektorze ochrony, lecz odrzucił tę propozycję. W dalszym ciągu ciążyła mu porażka z 11 września. A duchy trzech tysięcy zobowiązywały go do kontynuowania walki aż do starcia wroga z powierzchni ziemi.
Wojna odcisnęła na Carterze swoje piętno — nie tylko na jego życiu rodzinnym, które leżąło w gruzach, lecz także na jego zdrowiu. Twarz miał wymizerowaną i zapadniętą, i Gabriel zauważył lekkie drżenie prawej dłoni Cartera, gdy ten bez cienia radości napełniał talerz fundowanymi przez rząd łakociami, którymi zastawiony był kredens w jadalni. – Wysokie ciśnienie krwi, - wyjaśnił Carter nalewając sobie kawy z wyposażonego w pompkę termosu. – Zaczęło się w dniu inauguracji, a potem wzrastało i spadało odzwierciedlając poziom zagrożenia atakami terrorystycznymi. Z przykrością muszę stwierdzić, że po latach walki z Islamskim terrorem, mój organizm stał się żywym barometrem zagrożenia narodowego.
- Jaki dziś obowiązuje poziom?
- Nie słyszałeś? – zapytał Carter. – Odeszliśmy od starego systemu kodowania kolorami.
- A co mówi Ci Twoje ciśnienie?
- Czerwony, - odpowiedział Carter ponuro. – Krwisto czerwony.
- Wasz dyrektor ds. bezpieczeństwa wewnętrznego mówi co innego. Według niej nie ma bezpośredniego zagrożenia.
- Ona nie zawsze sama pisze swoje oświadczenia.
- A kto to robi?
- Biały Dom, - powiedział Carter. – A prezydent nie lubi niepotrzebnie straszyć obywateli USA. Poza tym, podniesienie poziomu zagrożenia stałoby w sprzeczności z wygodnymi opiniami, obowiązującymi ostatnio w przedpokojach Waszyngtonu.
- Jakimi opiniami?
- Że Ameryka zareagowała niewspółmiernie na 11 września. Że Al-Kaida nie jest już zagrożeniem dla nikogo, a co dopiero dla najpotężniejszego narodu na świecie. Że czas najwyższy ogłosić zwycięstwo w globalnej wojnie z terroryzmem i zwrócić większą uwagę na problemy wewnętrzne. - Carter skrzywił się. – Boże, jak ja nienawidzę słowa „opinia” w ustach dziennikarzy. Kiedyś opiniami zajmowali się pisarze, a dziennikarze ograniczali się do opisywania faktów. A fakty są dość proste. Obecnie na świecie istnieje zorganizowana siła mająca na celu osłabienie, a nawet zniszczenie, świata zachodniego drogą aktów przemocy. Siła ta jest częścią szerszego radykalnego ruchu zmierzającego do narzucenia prawa szariatu i odbudowy islamskiego kalifatu. I żadne, choćby najgorętsze, myślenie życzeniowe nie spowoduje, że ruch ten zniknie.
Siedzieli po przeciwnych stronach prostokątnego stołu. Carter skubał brzeg czerstwego croissanta, myślami błądząc gdzie indziej. Gabriel nie chciał go poganiać. W rozmowie Carter zachowywał się trochę jak marzyciel. Ale w końcu przejdzie do rzeczy, a dygresje i pozorne odejścia od tematu, które wydarzą się po drodze bez wątpienia później okażą się przydatne dla Gabriela.
- Pod pewnym względem, - kontynuował Carter, - rozumiem chęć prezydenta, aby odwrócić kartę historii. On postrzega globalną wojnę z terroryzmem jako przeszkodę na drodze ku większym celom. Może nie uwierzysz, ale widziałem go tylko dwa razy. Mówi do mnie Andrew.
- Lecz przynajmniej daje nam nadzieję.
- Nadzieja nie jest możliwą do przyjęcia strategią, kiedy zagrożone jest życie. Nadzieja doprowadziła do 11 września.
- To kto pociąga za sznurki w administracji?
- James McKenna, asystent prezydenta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego i zwalczania terroryzmu, znany także jako „car terroryzmu”, co jest interesującym określeniem, ponieważ to on wydał rozporządzenie zakazujące używania słowa „terroryzm” we wszelkich naszych oświadczeniach publicznych. Zniechęca do jego używania nawet za zamkniętymi drzwiami. A już niech nas niebo broni przed użyciem gdzieś w pobliżu słowa „islamski”. Jeśli chodzi o Jamesa McKenna, nie jesteśmy w środku wojny z islamskimi terrorystami. Jesteśmy po prostu zaangażowani w międzynarodowe wysiłki skierowane przeciwko niewielkiej grupie ponadnarodowych ekstremistów. Ci ekstremiści, którzy są przez przypadek muzułmanami, są irytujący, ale nie stwarzają zagrożenia dla naszego stylu życia.
- Powiedzcie to rodzinom ofiar z Paryża, Kopenhagi i Londynu.
- To reakcja emocjonalna, - powiedział sardonicznie Carter. - A James McKenna nie toleruje emocji, gdy mowa jest o terroryzmie.
- Chciałeś powiedzieć „ekstremizmie”, - poprawił go Gabriel.
- Wybacz, - powiedział Carter. - McKenna to zwierze polityczne, które uważa się za eksperta w sprawach wywiad. Pracował w zespole senackiej komisji ds. wywiadu w latach dziewięćdziesiątych, i przybył do Langley wkrótce po przybyciu Greka. Przepracował tam zaledwie kilka miesięcy, ale nie powstrzymuje go to od określania siebie jako weterana CIA. Według jego własnych słów, McKenna jest człowiekiem Agencji, któremu interes Agencji leży na sercu. Prawda jest cokolwiek inna. Nienawidzi Agencji i tych, którzy w niej są. A najbardziej ze wszystkich, nienawidzi mnie.
- Dlaczego?
- Najwyraźniej wprawiłem go w zakłopotanie podczas spotkania wyższego personelu. Nie pamiętam o co chodziło, lecz McKenna zdaje się nigdy się z tym nie pogodził. Poza tym, mówiono mi, że McKenna uznaje mnie za potwora, który wyrządził niemożliwe do naprawienia szkody obrazowi Ameryki na świecie. Nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności, niż widok mnie za kratami.
- Dobrze wiedzieć, że amerykański wywiad znów działa gładko i bez przeszkód.
- Właściwie, to McKenna ma wrażenie, że wszystko działa wręcz doskonale, szczególnie teraz, kiedy on tym kieruje. Udało mu się nawet mianować samego siebie przewodniczącym naszej nowej grupy ds. przesłuchań osób zatrzymanych o dużej wartości. Jeśli gdziekolwiek na świecie i w dowolnych okolicznościach pojmany zostanie jakiś ważny terrorysta, James McKenna będzie miał prawo go przesłuchać. To wielka władza jak na powierzenie jej jednemu człowiekowi, nawet gdyby ten człowiek był osobą kompetentną. Lecz, niestety, James McKenna nie mieści się w tej kategorii. Jest ambitny, ma dobre intencje, ale nie wie co robi. A jeśli nie będzie ostrożny, zabije nas wszystkich.
- Brzmi uroczo, - stwierdził Gabriel. – Kiedy go poznam?
- Nigdy.
- Więc po co tu jestem, Adrian?
- Jesteś tu ze względu na Paryż, Kopenhagę i Londyn.
- Kto to przeprowadził?
- Nowa gałąź Al-Kaidy, - odpowiedział Carter. – Ale obawiam się, że mają wsparcie osoby, która zajmuje wrażliwe i istotne miejsce w zachodnim wywiadzie.
- Czyje?
Carter nie powiedział nic więcej. Jego prawa dłoń drżała.