Weronika

czwartek, 4 października 2012

usprawiedliwienia, mitygacje i inne takie duperele

Nie cierpię odkładać czegokolwiek na później, a już najbardziej nie cierpię nie kończyć tego, co zacząłem.

Od trochę ponad miesiąca trwa jakiś totalny zawrót głowy. Na moim zawodowym kurku ze zleceniami chyba się gwint przekręcił, bo płyną nieprzerwanym strumieniem, włącznie ze zleceniami super ekstra ekspresowymi. A ponieważ dom rozgrzebany, działka nie może się sprzedać i inne takie finansowe chmury pływają nad horyzontem, więc biorę co mogę i klepię w klawisze aż mnie od tego tyłek boli. Efekty w postaci faktur są sympatyczne, ale....

Zawsze, kurde, jest jakieś ale. Brak mi czasu. Tak na serio. Nie z powodu przepuszczania przez palce. Do nagrań siadam raz, dwa razy na tydzień. Na myśl o montażu aż mną telepie (bo przed chwilą przed dokładnie tym samym komputerem spędziłem 10 godzin w pracy, więc kolejne dwie - choć przy hobbistycznej robocie - nie są najprzyjaźniejszą perspektywą). A już na tłumaczenie Silvy w ogóle nie mam czasu i ochoty.

Ale - jak powiedziałem na wstępie - nie cierpię nie kończyć tego, co zacząłem. Więc spokojnie: "Amerykańscy bogowie" posuwają się powoli do przodu. Jak trafi się choć jeden weekend bez dopinania pracy z tygodnia, za "Portret szpiega" także się wezmę. Wszystko powoli się dokończy. Byle przed 21 grudnia :-)

1 komentarz: