Odrobinka tła: posiadam troje potomków, wszyscy w zakresie między 20 a 30 lat. Ku rozpaczy mojej mamy a ich babci, nie mamy szczególnie silnej potrzeby rozmawiania codziennie przez telefon o pierdołach. W rezultacie, dzwonimy do siebie wtedy, kiedy "jest sprawa", a nasze rozmowy trwają najczęściej poniżej 30 sekund. (- Tata, potrzebna jest kasa. - Ile? - Tyle. - OK. Wszyscy zdrowi? - Tak.). Zupełnie inaczej kształtują się kontakty mojej żony i jej córki (także w zakresie między 20 a 30 lat; tak się poskładało, że mamy wspólne małżeństwo i odrębne dzieci ;) ). One dzwonią do siebie co najmniej raz dziennie. (Nie uwierzysz, jakie fajne buty dziś widziałam. Ale nie pasują mi do żadnej torebki, więc będę sobie musiała kupić nową sukienkę..... I tak przez 40 minut, o wszystkim).
19 grudnia zadzwonił do mnie mój najstarszy syn. Nasza rozmowa zaczęła się od jego pytania: Widziałeś? - Tak, byłem wczoraj. - Ja też. Poczekaj, wygonię z pokoju tych, którzy jeszcze nie byli i powiesz mi, co sądzisz. (Dalszy ciąg rozmowy jest mniej więcej w poście "Nowa nadzieja umiera ostatnia", a cała rozmowa zajęła nam co najmniej kilkanaście minut.)
20 grudnia zadzwoniła do mnie córka. Nasza rozmowa zaczęła się od słów - Wiem, że widziałeś, bo mi brat powiedział, Ja właśnie wyszłam z kina. Powiedz mi, co o tym myślisz... (i dalej, jak wyżej, włącznie z czasem trwania rozmowy co najmniej kilkunastominutowym).
W kwadrans po zakończeniu rozmowy z córką, odmeldował się mój średni syn (żyjący na wygnaniu w odległym mieście), zaczynając rozmowę: "Właśnie wyszedłem z kina. Byłeś już? - Tak. - No to super, powiedz mi, co myślisz... (i po raz trzeci mniej więcej ta sama rozmowa, i znów przez dobrych kilkanaście minut).
Moja małżonka miała już na wpół otwarte usta, kiedy kończyłem drugą rozmowę, a po trzeciej nie wytrzymała: - No wiesz, to niesamowite. Potraficie się do siebie nie odzywać przez pół roku, a jak tylko wyjdą nowe Gwiezdne Wojny, telefon od razu się urywa.
Cóż, kochanie, są rzeczy ważne, i są Gwiezdne Wojny.
Myślę, że sprawdziłem się jako ojciec :)
A teraz o kontaktach pozarodzinnych, w gronie rodzinnym przy Wigilii.
- Wiesz tata, ostatnio w firmie zaczepił mnie facet w czarnej zimowej czapce z haftem "poczytajmimako.blogspot.com" i wskazując na identyczną czapkę na mojej głowie, zagaił: "Widzę, że też słuchasz mako". A ja, zmieszałam się lekko, i odpowiadam: "Wiesz, to nie całkiem tak, mako to mój stary". Na co on, wykazując się dogłębną znajomością rzeczy: "O, to ty musisz być tą, która zaprojektowała koszulki."
To się nazywa kosmiczny zbieg okoliczności. Tylko trzy czapki w "obcych rękach" a jednak nosiciele się na siebie natknęli.
Gorące pozdrowienia dla spotkanego czapkonoścy.
A nasze dzieci coś tam mamroczą o akcji "#mojstarytomako"